piątek, 13 września 2013

Źródło: tumblr.com

1. Punkt przełomowy. Są takie dni, że cel, który sobie wyznaczyłaś wydaje się kosmiczny, bo w połowie (jeśli nie wcześniej) masz ochotę wrócić do domu. Wtedy wszystko jest nie tak: jest za gorąco, spodnie lecą z tyłka, koszulka jest tak mokra, że należałoby ją porządnie wycisnąć, nogi odmawiają posłuszeństwa, a muzyka w słuchawkach jest do wkurzająca. Ale nie rezygnujesz, bo wiesz, że jeśli tylko wytrzymasz jeszcze trochę, to przyjdzie ukojenie. Że jeśli tylko dasz radę pchnąć się nieco dalej, to dotrzesz do momentu, w którym przestajesz czuć to wszystko, a zamiast dyskomfortu poczujesz radość i wolność, i zaczniesz się zastanawiać, jakim cudem jeszcze przed chwilą byłaś taka zmęczona?

2. Ty i tylko ty. Kiedy biegasz, nie masz przed sobą żadnego trenera, który z całych sił stara się przekonać cię, żebyś się nie poddała, jak to się dzieje w przypadku ćwiczeń z DVD. Nie ma wokół ciebie tłumu ludzi, w tym instruktorów, którzy samą swoją obecnością motywują cię do ćwiczeń, jak na siłowni. Jesteś sama. Bieganie to test dla twojego samozaparcia. Czy jesteś w stanie sama przebrnąć przez kryzys? Czy jesteś w stanie sama zmotywować się do pokonania kolejnego kilometra? Czy jesteś w stanie zignorować ograniczenia swojego ciała i dać z siebie więcej?

3. Źródło nieustającej inspiracji. Mogę Was z czystym sumieniem zapewnić, że nic innego nie dostarczy Wam tyle inspiracji do pisania postów, co bieganie. W dodatku kiedy zaczyna się pisać w głowie post, to czas leci tak szybko, że kolejne kilometry mijają zanim zdążycie o nich pomyśleć. Tak więc blogerki - biegajcie!

4. Zawiązywanie przyjaźni. Wygląda to tak: rozmawiasz sobie z kimś znajomym, kogo lubisz, ale nie jest ci szczególnie bliski. Prowadzicie pierwszorzędną gadkę-szmatkę, która pozwala uniknąć niezręcznej ciszy, może nawet czerpiecie jako taką przyjemność z tej rozmowy i dobrze się bawicie. Potem dowiadujesz się, że ta druga osoba też biega i nagle powstaje między wami bardzo silna więź - masz nowego biegowego przyjaciela! To bardzo specyficzny rodzaj przyjaciół, których warto mieć jak najwięcej. Dobra wiadomość jest taka, że coraz więcej osób interesuje się bieganiem, więc szanse na zdobycie nowych biegowych przyjaciół stale rosną. A jeszcze lepsza wiadomość to to, że ze zwykłego przyjaciela (albo zwykłego znajomego) możesz uczynić biegowego przyjaciela, opowiadając wszystkim o magii biegania.

5. Wycieczki krajoznawcze. Kolejny powód, żeby być wdzięczną za to, że coś mnie popchnęło do zaczęcia biegania - moja okolica jest pełna pięknych miejsc, o których nigdy bym się nie dowiedziała, gdyby nie bieganie (założę się, że Twoja też). A odkrywanie ich jest naprawdę ekscytujące - nawet nie pomyślałabym, że może być aż tak fajnie. No i druga sprawa: wydaje ci się, że żeby dostać się do punktu X, musisz wsiąść w autobus, potem przesiąść się w tramwaj i podejść kawałek na nogach, aż pewnego pięknego dnia, podczas jednej z biegowych ekspedycji, niespodziewanie dobiegasz do punktu X i nie możesz uwierzyć własnym oczom. A jednak. Całe życie w kłamstwie...  Moja mała rada: daj się ponieść swoim nogom, a może też odkryjesz tajny skrót, rodem ze swoich dziecięcych marzeń?

6. Blisko natury... Zaczynając bieg, zaczynasz myśleć o różnych sprawach - u mnie czasem są to życiowe problemy a czasem odmiana francuskich czasowników. Ale po pewnym czasie dochodzę do takiego momentu, że mój umysł jest zupełnie wolny od tych wszystkich myśli i w jakiś magiczny sposób zaczynam dostrzegać piękno otaczającego mnie świata. Biegnę i podziwiam przyrodę, której, mogłoby się wydawać, za wiele nie ma, gdy mieszka się w środku miasta, a jednak - zapach mirabelek, cykanie świerszczy, rześkie powietrze, ciepłe, jesienne kolory - to wszystko tu JEST i niesamowicie umila czas. 

Źródło: tumblr.com

Te zalety i dziewięć poprzednich zauważyłam podczas swojej bardzo długiej przygody z bieganiem, na którą składa się 17 biegów, 68 kilometrów, 9 godzin oraz mnóstwo endorfin i satysfakcji. Czuję, że w miarę jak moje doświadczenie będzie się powiększać, ja będę odkrywać kolejne i kolejne, a potem, oczywiście, dzielić się nimi tutaj.

Ps. Przepraszam za okropny zastój na blogu, ale mam chwilowo straszne zamieszanie, a na dodatek dużo czasu spędzam poza miastem, bez Internetu.

wtorek, 3 września 2013

Tradycyjnie, początek roku szkolnego jest pełen zamieszania, przez co nie miałam jak napisać tego posta (tego i kilku innych) w terminie. Jednakże - co się odwlecze, to nie uciecze.

31 lipca 2013

Powyższy zrzut ekranu zrobiłam 31 lipca, czyli po 4 biegach. Nie ma się czym chwalić, to prawda, ale każdy musi od czegoś zacząć. Teraz, po miesiącu regularnych biegów, jest już lepiej, a konkretnie:

3 września 2013
11 sierpnia - podczas jednego biegu spaliłam aż 363 kalorie, tym samym pobiłam poprzedni rekord o 37 kalorii. Tego samego dnia udało mi się zaliczyć najdłuższy dystans w życiu (profesjonalni biegacze, teraz możecie się śmiać) - 5,5 kilometra, a to aż o pół kilometra więcej, niż dałam radę pobiec w poprzednim najdłuższym biegu. Pobiłam też rekord długość czasowej, ale to tylko 1 minuta 25 sekund, a więc nic takiego.

Dzień wcześniej, 10 sierpnia, przebiegłam najszybsze 5 kilometrów - pobiłam rekord aż o 5 minut! Z tego jestem najbardziej dumna, chociaż wiem, że to wciąż jest bardzo, bardzo wolne 5K.

I wreszcie, najświeższe rekordy, dokonane przed nie całą godziną - 1 kilometr w 6 minut 49 sekund (wcześniejszy czas dłuższy o 1 minutę 12 sekund) i mila w 11 minut 24 sekundy (wcześniej prawie dwie minuty więcej).


Źródło: tumblr.com

czwartek, 29 sierpnia 2013

14 kg w 144 dni: FAZA PIERWSZA

e
Źródło: weheartit.com
14 kg w 144 dni
FAZA PIERWSZA:
regularity is the key

 28 sierpnia - 14 sierpnia
Moim celem na te 18 dni jest trzymanie się zasad z FAZY ZERO, które wpoiłam w siebie na tyle, że nie będzie to trudne - właściwie większość jedzeniowych wyborów robię już automatycznie i nie muszę się stale kontrolować. Jest tylko jedna rzecz, właściwie dwie, nad którymi muszę popracować - regularność posiłków i niejedzenie przed snem - to, co w poprzedniej fazie nie wyszło zbyt dobrze. W roku szkolnym, który jest tuż tuż, będzie o to łatwiej - wstawanie codziennie o tej samej godzinie, chodzenie spać codziennie prawie o tej samej godzinie, dużo zajęć, które trzymają z dala od podjadania znacznie upraszczają sprawę.

Jest też jedna rzecz, o której, nie wiedzieć czemu, nie pomyślałam na początku - dzienniczek żywieniowy. Mam zamiar skrupulatnie prowadzić go przez następne 18 dni, a nawet więcej, żeby widzieć czarno na białym zarówno dobre rzeczy w mojej diecie, jak i błędy.
Źródło: weheartit.com
 

środa, 28 sierpnia 2013

Źródło: weheartit.com

A więc dzisiaj o gorzkiej czekoladzie - wiem, że mleczna czy też biała cieszą się większym powodzeniem, ale nie mają one tak dobrego wpływu na nasze zdrowie i urodę, dlatego mam nadzieję, że po przeczytaniu tego wpisu, przeciwnicy gorzkiej czekolady nauczą się ją kochać.

Źródło: hellozdrowie.pl

Gorzka vs. mleczna

Co prawda gorzka czekolada ma więcej kalorii i więcej tłuszczu, niż mleczna, ale za to jest bogatsza w nienasycone kwasy tłuszczowe, zawiera 4 razy więcej błonnika, niemal 5 razy więcej żelaza, około 3 razy więcej magnezu, 2 razy więcej potasu, o połowę więcej cynku i więcej fosforu.

W mlecznej natomiast znajdziemy 2 razy więcej cukru, około 4 razy więcej sodu i aż 10 razy więcej złego cholesterolu.
 
Jak widać na obrazku obok, najmniej zdrową opcją jest biała czekolada, ale... czy kogoś to dziwi?





Gorzka czekolada a uroda
Na pewno słyszałyście kiedyś, że czekolada źle wpływa na cerę albo może same zaobserwowałyście takie zjawisko. Cóż, nie jest to potwierdzone naukowo, wiemy natomiast, że spożywanie umiarkowanych ilości gorzkiej wpływa pozytywnie na skórę - chroni ją przed szkodliwym działaniem słońca i poprawia jej kondycję, dzięki sporym ilościom flawonoidów. Ponadto zapobiega starzeniu się skóry, dzięki dużym ilościom antyoksydantów.

Czekolada może też pomóc w procesie odchudzania - jak mówią naukowcy z Kopenhagi, gorzka czekolada wywołuje uczucie sytości i zmniejsza apetyt na tłuste, słodkie i słone pokarmy.

Na zdrowie! 
Dobra na serce - badania naukowców z Harvardu wykazały, że zjadając 28-60g gorzkiej czekolady miesięcznie, obniżamy ryzyko zgonu z powodu niewydolności serca o 32%. Te same antyoksydanty, które są zbawienne dla naszej cery, są również odpowiedzialne za spadek złego cholesterolu oraz hamowanie agregacji płytek krwi i odkładania się płytek miażdżycowych. Ponadto zapobiega zakrzepom i obniża ciśnienie krwi.

Dobra dla mózgu - badania przeprowadzone na prawie 45 tysiącach osób wykazały, że już jedna porcja gorzkiej czekolady tygodniowo obniża ryzyko udaru mózgu o 22%. Udowodniono również, że zwiększa funkcje poznawcze u osób starszych - hamuje rozwój demencji i zmniejsza ryzyko Alzheimera.

Źródło: weheartit.com

Zakochaj się w czekoladzie!
W czekoladzie zawarta jest fenyloetyloamina, czyli "hormon szczęścia" odpowiadający za uczucie zakochania, dlatego już sam jej zapach poprawia nastrój :) Już nieduże ilości czekolady są w stanie poradzić sobie z zespołem napięcia przedmiesiączkowego, ponieważ wyrównują poziom serotoniny.

OSTRZEŻENIE: czekolada może wprowadzić w stan odurzenia narkotykowego - wystarczy 110 tabliczek!

Źródło: weheartit.com


Jak wybierać czekoladę?
Nie kupujmy czekolad, które mają poniżej 70% procent kakao. Oczywiście, im więcej tym lepiej, ale zazwyczaj te o większej zawartości kakao to czekolady z wyższej półki, za które musimy zapłacić co najmniej 2 razy więcej. Ja bardzo lubię, kiedy czekolada ma 90% kakao i jestem skłonna wydać na taką więcej, zwłaszcza, że i tak jem ją w małych ilościach i jedna tabliczka starcza na bardzo długo.

I jeszcze jedna ważna sprawa - nie dajcie się nabrać na żadne "light", "fit" czy też "lekka" - zwykłe oszustwo.







Ps. Przepraszam za tak bogate zilustrowanie wpisu (czy też macie teraz ochotę na czekoladę?), ale oprócz tych wszystkich zalet, czekolada jest też bardzo fotogeniczna!

Ps.2. Jeśli szukacie porządnej dawki motywacji, zapraszam na mojego TUMBLRA, gdzie codziennie dodaję nowe fit-inspiracje.

Źródła:
http://natemat.pl/57705,jedz-gorzka-czekolade-codziennie-zachowasz-zdrowie-i-mlodosc
http://www.hellozdrowie.pl/jedzenie/slodka-prawda-o-gorzkiej-czekoladzie/strona/3
http://www.digest.com.pl/gorzka-czekolada-leczy
http://24.media.tumblr.com/e4bd0469190a2f9d6d28b6a434dbb15/tumblr_mrm9mpQv1H1rjpm4uo1_500.jpg
http://24.media.tumblr.com/7a1c601bbbf1d75e24c58422582567aa/tumblr_mrm9mpQv1H1rjpm4uo2_500.jpg

wtorek, 27 sierpnia 2013

Dzień 1.: Fit Test Najgorszy bieg w dziejach

Wyszłam z domu, żeby pobiegać, a ponieważ nie miałam ochoty na żadne bicie rekordów, zaczęłam bieg z postanowieniem, żeby zrobić jedynie minimum, które miałam w planie i to spokojnie, wolnym tempem, a potem wrócić do domu. Nie byłoby w tym nic złego, w końcu nie każdy dzień musi być dniem wielkich biegowych osiągnięć - problem polega na tym, że nie udało mi się wyrobić nawet tego głupiego minimum, mimo że wcześniej za każdym razem robiłam więcej, niż zakładał plan. Ten pamiętny bieg był gorszy niż mój pierwszy, a i tak byłam okropnie zmęczona. Wracając do domu (istny spacer wstydu), nie rozmyślałam nad tym, co mogło spowodować taki zły wynik, tylko co mogę zrobić, żeby to już się nie powtórzyło. Trening, który poprawi moją kondycję, wzmocni nogi i wyzwoli wewnętrznego wojownika? Insanity. Postanowione.

Dzień 2.: Plyometric Cardio Circuit

Insanity

Plyo, kochane Plyo. Ćwiczenia, na które można liczyć. ZAWSZE skopią ci tyłek. Możesz je zrobić milion razy, a i tak pozostają niezawodne. I jak tu ich nie kochać?

Mój tyłek został skopany już podczas rozgrzewki, ale odpoczęłam podczas rozciągania - tylko po to, żeby ćwiczenia zasadnicze mogły go skopać od nowa. Mówię poważnie. Nie mam pojęcia, ile razy upadłam na ziemię, próbując zrobić pompkę, ale na pewno dużo. Nie mam też pojęcia, ile razy musiałam się wycierać ręcznikiem, żeby się nie utopić we własnym pocie (co ja mówię? Kobiety się nie pocą, kobiety błyszczą) - w każdym razie pod koniec był bardzo mokry. Nie mam pojęcia, ile razy miałam ochotę zabić Shauna, ale układałam plany zbrodni, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo jestem zmęczona.

Wiem za to, że skończyłam ten trening, leżąc na ziemi, nie mając siły nawet na podniesienie rąk do góry. I że moje nogi trzęsły się jak samochód, który nie może odpalić (autentyczne skojarzenie, być może takie rzeczy przychodziły mi do głowy ze zmęczenia). I że musiałam suszyć włosy suszarką, bo były tak mokre. I że CHCĘ WIĘCEJ.

Dzień 3.: Cardio Power & Resistance 
Insanity

Te ćwiczenia też kocham. Mimo tego, że przypominają mi o tym, jak bardzo słabe są moje ręce. A może właśnie dlatego - w końcu to szansa, żeby się wreszcie wzmocniły.

Dzień 4.: Cardio Recovery

Insanity 

W szkole uczono mnie, że "recovery" znaczy "regeneracja". Oszukali mnie, bo te ćwiczenia nie mają dużo wspólnego z regeneracją. Na pewno nie dla moich łydek, nękanych potwornymi zakwasami. Za tydzień pewnie zmienię zdanie, ale dziś... Ałć!

Dzień 5.: Pure Cardio Cardio Abs

Insanity

Zakwasy w łydkach nie dawały mi żyć. Nie było mowy, żebym dała radę zrobić Pure Cardio, więc postawiłam na coś, co nie będzie wymagać pracy nóg. Przynajmniej wydawało mi się, że nie będzie, ale rozgrzewka zgniotła moje nadzieje w proch. Mimo wszystko - zrobiłam ją, w wersji bardzo zmodyfikowanej, ale zrobiłam. Potem nastąpiły ćwiczenia zasadnicze, które oszczędziły moje łydki... i brzuch niestety też. Tylko tyle masz mi do zaoferowania, Shaun?!

Dzień 6.: Plyometric Cardio Circuit

Insanity

 Byłam w samym środku rozdziału "Targowiska Próżności", wciągającego, ciekawego, pięknie napisanego rozdziału, gdy nastała pora ćwiczeń. Nie muszę chyba mówić, że mi się nie chciało. Nie miałam najmniejszej ochoty na ćwiczenia, ale miałam ochotę na to, że móc biegać dalej i szybciej, więc ruszyłam tyłek i zaczęłam ćwiczyć. Rozgrzewka - nudy, nudy, nudy. Z trudem przez nią przebrnęłam, ale kiedy tylko skończyłam i poleciały pierwsze krople potu, włączyło się "Warrior Mode". Ooo tak, dzisiaj byłam wojownikiem. Wojownikiem, który cały czas dawał z siebie wszystko i ukończył ćwiczenia z dumą. A na dodatek - na stojąco. Cóż mogę powiedzieć - kondycha się poprawia!

Dzień 7.: Rest Day

Nudzę się... Kiedy następny trening?

niedziela, 25 sierpnia 2013

Jak poradzić sobie z zakwasami?

Źródło: wehearit.com

Jak powstają zakwasy?
Nazwa "zakwasy" pochodzi od kwasu mlekowego, który pierwotnie był uważany za ich przyczynę. Obecnie wiemy, że podczas intensywnego wysiłku, gdy nasze mięśnie nie dostają wystarczająco dużo zachodzi proces fermentacji mlekowej, w skutek której wydziela się kwas mlekowy, ale już po około godzinie jego poziom w organizmie wraca do normy. Co więc jest przyczyną zakwasów? Nic związanego z kwasem, więc ta nazwa przestaje być sensowna - powinniśmy używać terminu "opóźniona bolesność mięśniowa" (DOMS - Delayed Oneset Muscle Soreness).

W latach 80. przeprowadzono badania, które potwierdziły, iż po ekstremalnym wysiłku 20-30% włókien mięśniowych zostaje uszkodzonych. Uszkodzenia te (mikro-urazy) prowadzą do tzw. reakcji wtórnych, prowadzących do wrażliwości na ucisk, obrzęków, napięcia, sztywności i osłabienia, które my odczuwamy najczęściej następnego dnia (po nocnym odpoczynku) jako ból mięśni.

Jak zapobiegać? 
  • rozgrzewka - mam nadzieję, że konieczność wykonywania rozgrzewki przed ćwiczeniami jest dla każdego jasna jak Słońce. Intensywny wysiłek powinna poprzedzać intensywna rozgrzewka.
  • odpowiednia intensywność treningu - nie porywajmy się z motyką na słońce. Jeśli do tej pory nie ćwiczyłaś albo miałaś długą przerwę w treningach - zacznij od mniej intensywnego treningu, dostosowanego do Twoich możliwości.
  • cool-down - intensywnego treningu nie kończymy nagle, tylko wykonujemy ćwiczenia o coraz mniejszej intensywności aż do spoczynku.
Jak leczyć?
Przekopałam chyba cały Internet w poszukiwaniu sposobów na zakwasy, przetestowałam wszystkie, ale nic nie jest w stanie poradzić sobie z moimi obolałymi łydkami (Insanity dało mi najgorsze zakwasy życia). Wygląda jednak na to, że jestem jakimś patologicznym przypadkiem, bo ludzie zachwalają te sposoby, mówiąc, że pomogły im rozprawić się z uporczywymi zakwasami. Więc co takiego może (ale nie w każdym przypadku, niestety) nam pomóc?
  • gorąca kąpiel (lub sauna)
  • masaż sportowy
  • maści rozgrzewające
  • odpoczynek (sen)
  • zbilansowana dieta (zapewniająca białko, tłuszcze i węglowodany, z naciskiem na białko)

A co z treningiem? Tej kwestii dalej nie rozwiązałam, ponieważ opinie są skrajnie różne. Jedni mówią, że zakwasy należy rozćwiczyć, a inni - dać odpocząć. Mnie od dziecka przekonywano do tej pierwszej metody, ale teraz nie jestem taka pewna. W każdym razie nie mam zamiaru się obijać z powodu zakwasów - jeśli ból łydek nie ustąpi (no bo ileż można?!), to poćwiczę tylko górną część ciała.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Muszę przyznać, że tytuł ćwiczeń od początku brzmiał obiecująco. Wszystko, co dobre w starym, klasycznym callaneticsie, udoskonalone dzięki nauce i technice. Tak mniej więcej to sobie wyobrażałam. Czy miałam rację?

Źródło: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10151412883210252&set=a.10151412883200252.830827.467185065251&type=3&theater

Prowadząca. Wszystkie wiemy, że trenerka odrywa dużą rolę podczas ćwiczenia z płytą. CE niestety nie jest prowadzone przez Callan i za to ma u mnie minusa - ale to tylko moje bardzo subiektywne odczucie, bo z jakiegoś powodu odczuwam dużą sympatię względem Callan i zawsze umila mi ćwiczenia (pewnie dlatego, że wyobrażam sobie, iż jestem jedną z uczennic, które przychodziły do jej attelier na dachu nowojorskiego wieżowca paręnaście lat temu... Bardzo chciałabym mieć do tego okazję). Ten program prowadzi Sandra Hanna, którą również bardzo polubiłam, ale to jednak nie Callan. Towarzyszą jej trzy inne trenerki: Judy, McKenzie i Karen.

Obecność tych trenerek jest dużym plusem - pokazują trzy różne poziomy zaawansowania, czego w oryginalnym wideo brakowało. Kolejną oznaką "ewolucji" są dwa nowe typy ruchów. W wideo z Callan pojawiały się tylko ruchy przód-tył/góra-dół. Teraz mamy do wyboru jeszcze ruch "obrotowy" i "spiralny" (chodzi o delikatne, pulsacyjne ruchy, które są podstawą callaneticsu). Trzecia rzecz - nieustanne przypominanie o angażowaniu mięśni przepony miednicznej. Podejrzewam, że ma to na celu zmniejszenie bólów miesiączkowych, a ponieważ ja takowych nie miewam, to trochę mi to przeszkadzało. Nie spotkałam się z tym przy żadnym innym programie, więc po prostu wydaje mi się to dziwne.


Bardzo podoba mi się to, że w pakiecie z ćwiczeniami dostajemy kilka ciekawych filmików: filmik wprowadzający, filmik pokazujący, jak wprowadzić callanetics do codziennych ruchów oraz filmik przedstawiający koncepcję callaneticsu, w którym Sandra tłumaczy m.in. jak wykonywać poszczególne pulsacyjne ruchy i dlaczego angażowanie mięśni miednicy jest takie ważne - ja niestety mam tylko część z ćwiczeniami, a bardzo chciałabym się dowiedzieć, o co chodzi z tą miednicą.

W CE ćwiczenia są rozłożone całkiem inaczej niż w oryginale:
  • rozgrzewka: bardzo podobna do tej z "10 years younger in 10 hours".
  • ćwiczenia na nogi: zawierają nie tylko ćwiczenia zasadnicze, ale też rozciąganie.
  • ćwiczenia na biodra i dolną część pleców: właściwie są to wariacje ćwiczeń z klasycznego programu, również i jedno zupełnie nowe. I przed, i po, i między ćwiczeniami mamy rozciąganie tych części ciała.
  • ćwiczenia na miednicę i uda: przynajmniej tak je nazywają... Dla mnie to pomieszanie z poplątaniem: dwa ćwiczenia na miednicę i uda (bardzo podobne do ćwiczeń z Callan), rozciąganie, ćwiczenie na tricepsy, kolejne ćwiczenie na miednicę i uda oraz jeszcze jedno rozciąganie.
  • ćwiczenia na brzuch: poprzedzone i zakończone rozciąganiem. To moja ulubiona część całego programu. Są zupełnie inne, niż ćwiczenia z "10 years younger in 20 hours" i, muszę przyznać, dużo lepsze - ciekawsze i skuteczniejsze. W tej części znajduje się też kolejne ćwiczenie na tricepsy. Nie wiem, czemu są tak pomieszane, ale dobrze, że w ogóle są - w oryginalnym wideo było tylko jedno, podczas rozgrzewki.
  • końcowe rozciąganie 
Ciężko mi powiedzieć, czy lepsze są oryginalne ćwiczenia, czy ich wyewoluowana wersja. Jak już pisałam, ćwiczenia na brzuch są niewątpliwie lepsze (teraz, gdy ćwiczę z Callan, wykonuję te ćwiczenia zamiast tych, które lecą na ekranie). Świetne są też ćwiczenia rozciągające - większość z nich włączyłam do mojego pobiegowego rozciągania.

Generalnie ćwiczeń jest więcej, ale za to poszczególne pozycje utrzymuje się krócej. Zapewne z tego powodu nie ma licznika, który odliczałby czas, ale dla mnie jest to minusem, ponieważ wprowadza wrażenie chaosu. Między innymi dlatego ciężko mi było podzielić program na poszczególne sekcje.

Do wykonywania tych ćwiczeń nie potrzeba specjalnych przyrządów - tak samo jak do wykonywania "10in10". Ja nie używałam niczego, ale dużo lepiej ćwiczyłoby mi się z matą. Oprócz tego przyda się coś do oparcia rąk podczas wykonywania ćwiczeń na nogi. Początkujący mogą zaopatrzyć się z poduszkę, natomiast zaawansowani w lekkie ciężarki (w filmie używają takich w kształcie kuli, ale nigdzie nie takich nie widziałam).

Jak widzicie, program ten ma zarówno swoje wady jak i zalety. Ciężko by mi było wybrać między nim, a "10 years younger in 10 hours", gdyby nie dwie rzeczy: pierwsza jest taka, że CE mnie zwyczajnie nudziło (czytaj: bardzo mi się dłużyło), a druga to efekty. Po "10in10" były szybsze i dużo bardziej widoczne.

Źródło: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10151799586740252&set=a.10151412883200252.830827.467185065251&type=3&theater

Powyższe zdjęcie przedstawia efekt po 12-15 treningach (znalezione na stronie Sandry), więc nie jest tak, że te ćwiczenia dają gorsze rezultaty - chyba tylko na mnie tak zadziałały. Niemniej jednak z tego (głównie) powodu nie mam zamiaru wracać do CE i pozostanę przy moim ukochanym callaneticsie z Callan.

piątek, 16 sierpnia 2013

Internet to okropny pożeracz czasu. Zazwyczaj. Siadasz na chwilkę przed komputerem i po chwili orientujesz się, że zmarnowałaś pół dnia. Czasem jednak potrafi zrobić co dobrego, na przykład nauczyć cię jak przyrządzić najlepszą owsiankę świata albo podsunąć ci pod nos wartościowy artykuł, który odmieni twój dzień. No i są jeszcze internetowe zakupy.

Źródło: weheartit.com

1. Zacznij dbać o swoje własne szczęście.
2. Zacznij dbać o swoje cele i marzenia.
3. Zacznij dbać o to, jak spędzasz swój czas.
4. Zacznij dbać o to, jak myślisz i o czym myślisz.
5. Zacznij dbać o to, jak traktujesz siebie samą.
6. Zacznij dbać o to, jak traktujesz innych.
7. Zacznij dbać o to, jak inni traktują ciebie.
8. Zacznij dbać o swoje zdrowie.
9. Zacznij dbać o swoją edukację i rozwój osobisty.
10. Zacznij dbać o dawanie z siebie wszystkiego.
11. Zacznij dbać o wszystkie wspaniałe rzeczy, które masz TERAZ.
12. Zacznij dbać o TEN moment, który nazywamy "życiem".

Takie rady przeczytałam dzisiaj na stronie http://www.marcandangel.com/ (link do artykułu). Normalnie prawdopodobnie zostawiłabym je sobie do przemyślenia "na później" (a wszyscy wiemy, co to oznacza), ale dziś akurat postanowiłam działać od zaraz i tak powstała lista rzeczy do zrobienia. Przynajmniej nie zmarnuję kolejnego wakacyjnego dnia, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

Źródło: weheartit.com

1. Obejrzeć dwa lub trzy odcinki bajek z dzieciństwa.
2. Kupić coś, o czym o dawna marzyłam.
3. Nie włączać komputera do końca dnia.
4. Zabawić się w Pollyannę.
5. Zrobić coś dobrego dla ciała - domowe SPA.
6. Zrobić coś dobrego dla każdego znajomego, kogo dzisiaj spotkam (ew. powiedzieć coś miłego).
7. Być asertywna.
8. Jeść tylko zdrowe produkty.
9. Zrobić zaległe fiszki.
10. Iść pobiegać - tak długo, jak tylko będę mogła.
11. Zrobić listę 16 rzeczy, za które jestem wdzięczna.
12. Cały dzień doszukiwać się piękna w tym, co robię i fotografować drobne przyjemności.

Nie napiszę nic więcej, bo mam do zrobienia 12 ważnych rzeczy, ale zachęcam Was do przeczytania całego artykułu (link powyżej) i przemyślenia go.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Czytając życiorys Callan, nie mogłam wyjść z podziwu - jej biografia jest niczym scenariusz filmowy! Przez to, czego dowiedziałam się o twórczyni callaneticsu jestem nim jeszcze bardziej zafascynowana i dlatego odnawiam mój nie-mam-pojęcia-czemu-zapomniany romans z tymi ćwiczeniami, a tym samym wypełniam noworoczne postanowienie. Postanowiłam przetestować program "Callanetics Evolution", tym razem nie zapominając o zrobieniu porównawczych zdjęć, jak to niestety zrobiłam podczas mojej przygody z ukochanym "10 years younger in 10 hours".

A tera bez marudzenia, przechodzę do niesamowitej historii Callan Pinckney.

Callan, a właściwie Barbara Biffinger Pfeiffer Pinckney, urodziła się 26 września 1939 roku w Savannah w stanie Georgia i tam też dorastała, wychowywana na prawdziwą damę z Południa, jak przystało na dziewczę z rodu Pinckney'ów. Tych samych Pinckney'ów, którzy odgrywali znaczącą rolę przy kolonizacji Ameryki i brali udział w tworzeniu konstytucji Stanów Zjednoczonych. Callan kontynuowała linię przodków, z których każdy dokonał czegoś znaczącego (tych, którzy jeszcze nie wierzą, że jej metoda ćwiczeń jej wyjątkowa, zachęcam do przeczytania mojego pierwszego wpisu na ten temat: Callanetics - photoshop wśród ćwiczeń.). Przykładowo: siedemnastoletnia Eliza Lucas Pinckney wynalazła metodę otrzymywania indygo - przez 30 lat najbardziej dochodowego towaru eksportowego kolonii. Jedną z osób niosących jej trumnę był sam George Washington. Syn Elizy wynegocjował z Francją układ, który dziesięć lat później umożliwił zakup Luizjany. Natomiast siedem wieków wcześniej Pinckney'owie uczestniczyli w inwazji Normandów na Anglię.

Jej dzieciństwo stało pod znakiem zmagań z wrodzonymi wadami postawy: skrzywieniem kręgosłupa, przesuniętymi biodrami oraz stopami tak mocno skręconymi do środka, że przez siedem lat musiała nosić szyny na nogi do samego pasa (niczym Forrest Gump), a kolejne dwanaście uczyć się baletu klasycznego, żeby poprawić swoją postawę.


Callan nigdy nie lubiła swojego uprzywilejowanego życia panny z dobrej rodziny. Zawsze marzyła o dalekich podróżach i poznawaniu świata na własną rękę, a nie z książek. Wyrzucano ją prawie ze wszystkich szkół, jednak udało jej się ukończyć 2 lata college'u. Do porzucenia nauki skłoniła ją pewna sytuacja na studenckiej zabawie, kiedy to przyłapała kolegów na podglądaniu dziewcząt przez dziurkę od klucza. Oburzona, że tacy ludzie mają być przyszłością kraju, sprzedała swoje książki i wróciła do domu. Jednak nie prowadziła życia, jakie młoda dziewczyna z bogatej rodziny mogłaby prowadzić, ponieważ ojciec surowo zabronił jej wyjazdów zagranicę dopóki nie ukończy college'u. Powiedział, że nie wytrzyma nawet trzech miesięcy bez jego wsparcia, co było dla Callan pierwszym wielkim wyzwaniem. Zatrudniła się jako ekspedientka w domu towarowym i oszczędzała każdy grosz na podróże, ograniczając przy tym swoje wydatki do minimum.

Callan na balu debiutantek w 1959 roku. Zdjęcie pochodzi jej książki.

W 1961 roku wreszcie doczekała się swojej wielkiej ucieczki. Wsiadła wtedy na statek handlowy do Niemiec i przez dekadę podróżowała autostopem po świecie, spełniając swoje marzenia i unikając przy tym burzliwych wydarzeń lat 60. w USA. I chociaż była to niewątpliwie niezwykła i pełna przeżyć "odyseja", to dla organizmu Callan była udręką.

Zaczęło się w Londynie, gdzie zarabiała na życie, odgarniając śnieg i węgiel. Nie była przyzwyczajona do tak niskich temperatur, więc żywiła się kilogramami wysokoskrobiowych produktów, dzięki którym jej ciało okryło się warstwą ogrzewającego tłuszczyku - w krótkim czasie przytyła 11 kilogramów (z 47 do 58 przy wzroście 150 cm) i dorobiła się rozstępów. Następnie postanowiła pojechać do Afryki. Kupiła więc wielki plecak, który nosiła na plecach przez następne 9 lat. Spędziła rok w afrykańskim buszu, podążając za stadami zwierząt wraz z plemionami nomadów. Wysiłek (praca fizyczna i noszenie ze sobą ciężkiego plecaka, ważącego tyle co ona sama, obciążającego ramiona, plecy i kolana) oraz nieregularne (często niedostateczne) odżywianie wycieńczyło jej organizm. Kolejnym problemem były biegunki wywołane przez amebę, które dodatkowo wyniszczały jej ciało, doprowadzając do zasłabnięć i gwałtownej utraty wagi. W najgorszych momentach ważyła 35 kilogramów. Mięśnie jej pośladków były tak zwiotczałe, że musiała podkładać sweter pod pupę, bo gdy siedziała, siedziała na kościach miednicy, co sprawiało jej wielki ból. Gdy kładła się spać, musiała wkładać między kolana kawałek materiału, żeby ich nie poodgniatać.

Na tym zdjęciu widać, jak wyglądało jej ciało. Spójrzcie na brzuch wydęty z powodu niedożywienia. "W ogóle nie mogłam napinać mięśni i wcale nie miałam siły. Byłam jeszcze przed trzydziestką, ale czułam się na 130!". Zdjęcie pochodzi z książki Callan.

Oprócz uszczerbków na zdrowiu Callan doznała wielu wrażeń, robiła mnóstwo ciekawych rzeczy, przez które jej życiorys czyta się jak powieść. Już same prace, które wykonywała brzmią niesamowicie: malowała pokłady frachtowca, sprzedawała orzeszki na dachu wieżowca w Tokio, była spikerką w reklamach, pisywała do gazety o swoich podróżach, projektowała mini-spódniczki, uczyła angielskiego dzieci  Chin i zatrudniała zachodnie kelnerki do pracy w japońskiej restauracji. Chociaż ominęła lata 60. w Stanach, to wcale nie ominęły ją inne problemy: z Środkowej Afryki wyjechała, gdy nasiliły się rozruchy. W krytycznym stanie trafiła na Cypr, gdzie musiała być ewakuowana ze szpitala, by zrobić miejsce rannym. W Bombaju zaskoczył ją nalot powietrzny, ale została uratowana przez dwóch mężczyzn, którzy wciągnęli ją do bramy.

Podczas podróży zupełnie przestały interesować ją wydarzenia polityczne i gospodarcze na świecie. Dbała tylko o bezpieczeństwo, czystą wodę i żywność oraz miejsce do spania. Mieszkała głównie wśród niższych klas społecznych, pozbawiona wygód, które do tej pory były dla niej oczywistością. W krajach, w których mieszkała, nie było napisów czy plakatów po angielsku, dlatego po powrocie do kraju zastanawiała się, skąd ludzie znają nazwy ulic - sama zupełnie oduczyła się spoglądania na tabliczki z nazwami ulic. Takie warunki odcisnęły na niej piętno - do końca życia zawsze, nawet latem, nosiła przy sobie sweter ze strachu przed zmarznięciem.

Swoim ciałem zaczęła na nowo interesować się podczas pobytu w Japonii. Wróciła do Londynu w celu odbudowania zdrowia. Lekarze doradzali jej operację kolan, wyrokowali, że jej pleców nigdy nie będzie można wyleczyć. Kiedy wróciła do USA, wyglądała tak okropnie, że jej matka zemdlała, widząc ją wysiadającą w samolotu. W 1972 roku zaczęła pracować w gabinecie masażu, ale odeszła stamtąd, ponieważ nie podobał jej się sposób, w jaki obchodzono się z ciałami klientek. Po rzuceniu tej pracy, zaczęła na własną rękę eksperymentować z ćwiczeniami, opierając się w dużej mierze na sposobie poruszania się, którego nauczył ją balet. Starała się nie robić niczego, co mogłoby wywołać ból pleców. I tak narodził się callanetics.

Zdjęcie z książki Callan.

Na początku przyjmowała uczniów we własnym domu, z drążkiem baletowym przykręconym do szafy, dzięki czemu uczniowie mogli podziwiać jej skromną garderobę. Po kilku latach zaczęła uczyć w swoim apartamencie na dachu nowojorskiego wieżowca, zapewniając każdemu ćwiczącemu indywidualną opiekę. Z czasem coraz mniej angażowała się w prowadzenie zajęć na rzecz pisania książek i kręcenia filmów, z których każde (10 książek, 8 filmów) okazało się wielkim sukcesem.

Callan poświęciła 20 lat, by stworzyć jak najbardziej kompletną i skuteczną technikę. Technikę, która naprawdę zrewolucjonizowała fitnessowy świat. Nigdy nie zależało jej na sławie i pieniądzach, które przyszły razem z rosnącą popularnością callaneticsu. Najbardziej lubiła uczyć ludzi i widzieć, jak ich ciało się zmienia. Wiedza, że miała duży wpływ na ich życie dodawała jej skrzydeł.

Źródło: Google Grafika


Wraz z przejściem Callan na emeryturę callanetics stawał się coraz mniej popularny. Ostatnimi laty, Callan starała się przywrócić mu dawną sławę. Podczas jej "nieobecności" różne organizacje starały się wznieść callanetics na inny poziom, wprowadzały nowe zmiany, by uczynić te ćwiczenia jeszcze bardziej efektywnymi. Chociaż Callan nie spierała się co do słuszności tych zmian, chciała powrócić do podstaw i zachować oryginalne piękno callaneticsu dla przyszłych pokoleń.

Callan zmarła 1 marca 2012 roku w Savannah.

Tak wyglądało jej ciało dzięki callaneticsowi.

sobota, 10 sierpnia 2013

Na początek zacytuję wczorajszy wpis: "...czuję się bezpieczniej i pewniej. Mam plany, mam postanowienia, mam listy, mam wyzwania". Jedno wyzwanie wczoraj przedstawiłam, teraz pora na zapoznanie Was z planem. Planem, który ma mnie wreszcie doprowadzić do wymarzonej figury. Generalnie to nie lubię "być na diecie" i tak dalej, ale zwykłe rozsądne odżywianie chyba nie zdaje u mnie egzaminu (gdyby zdawało, to nie musiałabym się porywać na planowanie diet). Potrzebuję kopa w dupę. A plan? Dobry plan nie jest zły i tyle na ten temat. Mam przeczucie, że tym razem (tym tysiąctrzystasiedemdziesiątymósmym razem) mi się uda, bo coś we mnie pękło. Coś złego, co we mnie siedziało, pękło i dlatego od początku lipca czuję się niespotykanie dobrze. Inaczej. Dlatego teraz wreszcie TO ZROBIĘ.

Źródło: Google Grafika

144 dni, dlatego że ostatnio lubię niestandardowe liczby. I dlatego, że pasuje do czternastki. I dlatego, że tyle dni pozostało do końca roku. I wreszcie - to całkiem rozsądny czas na zrzucenie 14 kg. Okres ten podzieliłam na 8 faz, żeby się nie znudzić i nie zdemotywować.

14 kg w 144 dni

FAZA ZERO:
hit it!

10 sierpnia - 27 sierpnia

Faza pierwsza to dieta z prawdziwego zdarzenia. Najbardziej restrykcyjna i szalona. Potem, mam nadzieję, pewne rzeczy wejdą mi w nawyk i nie będę musiała o nich tyle myśleć, ale póki co - może być ciężko. To i tak tylko 18 dni, więc mogę się trochę pomęczyć. To czas na wpojenie pozytywnych nawyków,dlatego będę się pilnować jak nigdy wcześniej.

Zasady gry:
  • jem 5 posiłków zamiast 4, ale za to mniejszych. Muszę kontrolować porcje, żeby mój żołądek się przyzwyczaił.
  • posiłki jem codziennie o tej samej porze
  • żadnych słodyczy - to wiadomo, bo przecież jestem w trakcie bezsłodyczowego wyzwania.
  • ograniczam się do jednej (gorzkiej) kawy dziennie. 
  • piję zieloną i czerwoną herbatę - od 1 do 3 kubków dziennie.
  • śniadanie jem około 45-60 minut po przebudzeniu, a kolację 3 godziny przed snem.
  • unikam białegych produktów: chleba, makaronu, ryżu i mąki
  • nie jem smażonych kotletów w panierce ani ziemniaków
  • dbam o to, by dostarczyć organizmowi odpowiednią ilość białka
  • obcinam produkty mączne (zdecydowanie za dużo ich jem) na rzecz warzyw i białka
  • jem świadomie i powoli, słucham swojego organizmu - nie przejadam się ani nie jem za mało
Źródło: tumblr.com

piątek, 9 sierpnia 2013

Źródło: weheartit.com

27 lipca ogłosiłam 365 dni odwagi. Od tego czasu minęły dwa tygodnie, które poświęciłam na przełamywanie się, próbowanie nowych rzeczy, zawiązywanie znajomości, odkrywanie siebie i egzystencjonalne przemyślenia. I były to bardzo piękne 2 tygodnie - pełne zabawy, spontaniczności, nowych doświadczeń - z których jestem bardzo zadowolona. To szaleństwo tak wypełniało moją głowę, że całkowicie zapomniałam o czymś, bez czego przed wakacjami nie mogłam żyć. A teraz, kiedy po raz pierwszy od dawna przyszło mi zostać cały dzień w domu, nie wiedziałam co ze sobą zrobić, aż wreszcie po prostu usiadłam przy biurku, wzięłam kartki i długopis... I poczułam flow! Brakowało mi list, tabelek, kalendarza, planów, postanowień i wyzwań. Już wiem, że choć nowa ja na pewno będzie bardziej spontaniczna i otwarta, to bez planowania i porządnej organizacji się nie obejdzie - to po prostu mój żywioł.

Po kilku godzinach moje życie jest bardziej ogarnięte, a ja czuję się bezpieczniej i pewniej. Mam plany, mam postanowienia, mam listy, mam wyzwania. Jednym z wyzwań jest niejedzenie słodyczy. Jeden punkt z mojej listy "101 in 1001" to zrezygnowanie ze słodyczy na 3 tygodnie. Ale tę listę tworzyłam dawno temu. Byłam młodsza, mniej pewna siebie, mniej wojownicza i mniej rozkochana w stawianiu sobie wyzwań, więc... Wytrwam dłużej.

Czas: start!

Źródło: weheartit.com

Dla mnie słodycze to:
  • sztandarowe słodkości: czekolada (wyjątek: gorzka czekolada używana np. do owsianki), batony, cukierki, żelki, ciasteczka...
  • domowe wypieki (nie wliczając to moich własnych, zdrowych modyfikacji, np. ciasteczek owsianych)
  • drożdżówki, pączki, słodkie bułeczki i inne piekarniane wyroby tego typu
  • słodzik i biały cukier
Ciekawe, ile wytrzymam? Nie stawiam sobie żadnych konkretnych celów (ma być po prostu dłużej niż 21 dni), ale gdzieś w głowie chodzi mi myśl, żeby może wytrzymać aż do moich urodzin...? No cóż - pożyjemy, zobaczymy :)

czwartek, 8 sierpnia 2013

Ostatnio stanęłam przed ciężkim, ale za to sprawiającym mnóstwo radości wyborem: buty do biegania. Sprawa byłaby całkiem prosta, gdyby na polskim rynku (bo za oceanem sprawa ma się nieco lepiej) były dostępne moje wymarzone Nike Free Run +3 5.0 w kolorze mięty. Wtedy bez wahania wybrałabym je i problem z głowy! Rzeczywistość jednak nie jest kolorowa jak oferta friranów, więc musiałam zmagać się z bardzo szerokim asortymentem internetowych sklepów sportowych (nie mówię, że duży wybór to zła rzecz).

Producenci nieco ułatwiają przekopywanie się przez tysiące modeli, bo każdy model ma swoje specyficzne zastosowania. Kryteria, według których wybieramy buty to między innymi: długość biegu, powierzchnia biegania, waga biegacza oraz typ stopy, o którym dzisiaj będzie mowa.

Źródło: runnersclub.pl
Wyróżniamy 3 typy stopy ze względu na kształt oraz ustawienie jest przedniej i tylnej części (cechy biomechaniczne):

1. Stopa neutralna. Jest to najbardziej pożądany typ stopy, ponieważ jej ustawienie zapewnia równomierne rozłożenie ciężaru ciała - od momentu nastąpnięcia przez stawianie całej stopy, aż do wybicia i oderwania - oraz naturalne pochłanianie wstrząsów.

Źródło: runnersclub.pl
Stopę neutralną można poznać po tym, że zostawia ślad, na którym widać dość szeroki pas łączący piętę z przednią częścią oraz po tym, że gdy patrzymy na nią od tyłu, pięta jest ustawiona w jednej linii z nogą.

Buty: muszą zapewnić minimalną stabilizację i amortyzację. Buty dla takich biegaczy bardzo często oznaczone są terminami "Cushion", "Neutral", "Stability" lub "Control" (dwa ostatnie kierowane są dla lekkich pronatorów, którzy również zaliczają się do tej grupy).

2. Stopa pronująca. W tym przypadku ciężar ciała przenoszony jest przede wszystkim na wewnętrzną krawędź stopy. Stopy za bardzo przechylają się do środka, w efekcie czego biegacz wybija się z palucha, a niskie podbicie ogranicza naturalny mechanizm pochłaniania wstrząsów. Ten typ stopy jest bardzo częsty.

Źródło: runnersclub.pl
Na odciśniętym śladzie stopy pronującej widać nieznaczne wcięcie od wewnętrznej strony, natomiast od tyłu widać, że pięty odstają od linii prostej na zewnątrz.

Buty: potrzebne są elementy wzmacniające stopę podczas biegu, zapewniające stabilizację i wsparcie dla środkowej części stopy i kontrolujące skręt stopy. Buty dla nadpronatorów to "Stability", "Control", "Structured", a dla wyjątkowo stóp silnie pronujących - "Motion Control".

3. Stopa supinująca. Jest to zjawisko odwrotne do poprzedniego - ciężar ciała przenoszony jest głównie na zewnętrzną krawędź stopy. Występuje u osób z podbiciem, którego wysokość i sztywność prowadzi do dużych wstrząsów. Ryzyko kontuzji przy tym typie stopy jest największe, ale za to występuje on najrzadziej.

Źródłó: runnersclub.pl
Na śladzie widać cienką linię łączącą piętę z przodostopiem, a czasem można w ogóle nie zaobserwować takiego połączenia.

Buty: ponieważ stopa neutralna przed wybiciem usztywnia się i następuje zwiększenie siły wstrząsu, niezbędne są buty o dobrej amortyzacji. Biegacze ze stopą supinującą mogą wybierać obuwie dla stopy neutralnej ze zwiększoną amortyzacją, jednak od kilku lat dostępne jest obuwie stworzone specjalnie dla ich typu stopy.





Źródła:
http://www.runnersclub.pl/DOPASUJ-BUTY-cinfo-pol-356.html
http://jak-biegac.pl/jak-dobrac-buty-biegowe
http://pobiegamy.pl/articles/show/article/31

wtorek, 6 sierpnia 2013


Dam sobie głowę, rękę i obie nogi uciąć, że czułyście kiedyś to wszystko: brak chęci do działania, niecierpliwość, demotywację, chęć rzucenia wszystkich starań i leżenia na łóżku do końca świata (w jakim stopniu to już indywidualna sprawa). Ja na przykład przechodziłam przez to nie raz, nie dwa - gdybym policzyła, prawdopodobnie wyszłyby jakieś miliony. W ostatnich dniach czułam się jednak zupełnie odwrotnie: przez nadmiar energii nie mogłam spokojnie usiedzieć, a moja motywacja sięgała szczytu.

I żyłam sobie z takim fantastycznym nastawieniem, aż pewnego dnia obudziłam się przykuta do łóżka przez potworny ból pleców, mięśni, głowy i gardła oraz wysoką gorączkę. Na początku nie było to tak denerwujące, bo i tak cały czas spałam, ale kiedy nie mogłam już przespać kolejnego dnia, zaczęłam się naprawdę złościć. A co z pobijaniem biegowych rekordów, gotowaniem nowych potraw, aktywnym wypoczynkiem i dobrą, beztroską zabawą?!

Więc oto powód pierwszy - życie jest zbyt krótkie, żeby je marnować na chorowanie. Ale historia się jeszcze nie skończyła...



W końcu wyzdrowiałam i nadszedł ten dzień, w którym mogłam wreszcie pobiegać. Plan na ten tydzień przewiduje 3 minuty biegu, 2 minuty marszu i tak sześć razy. Nie było mi łatwo (właściwie to było mi o wiele za trudno, niż powinno, bo przy każdej rundzie byłam zmęczona jeszcze zanim skończyłam drugą minutę biegu), ale udało mi się. Z nieskrywaną dumą kliknęłam "End run" i czekałam aż aplikacja się załaduje i pokaże mi moje wyniki. Po chwili mój telefon skutecznie starł mi po-biegowy uśmieszek z twarzy, oznajmiając, że biegłam krócej i wolniej, niż ostatnie 4 razy.

I taki właśnie jest drugi powód, dla którego powinniśmy się chronić z całych sił przed chorowaniem. Bo bycie gorszym, niż poprzednio, zwłaszcza kiedy włożyło się mnóstwo siły w to, żeby w ogóle ukończyć bieg, jest bardzo, bardzo demotywujące.
 


Ps. Dziś mój telefon nie wywinie mi takiego psikusa - mam zamiar pobić tyle rekordów, że się nie będzie mógł zsynchronizować do końca świata! ;)

sobota, 3 sierpnia 2013


Zdaję sobie sprawę, że taka lista powinna pojawić się na początku lata albo nawet przed, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie miałam czasu na dokończenie jej i opublikowanie. Lipiec był bardzo intensywnym miesiącem, ale takim, który wspominam z uśmiechem na twarzy. Czasem, idąc ulicą, wracam myślami do tamtych (jakże dawnych) dni i zaczynam się śmiać - ciekawe, co na to ludzie, którzy mnie mijają? :)

W każdym razie - połowa wakacji to też całkiem niezły termin na taką listę. Nie do końca konwencjonalny, ale to dobrze się wyłamywać. Dużo z tych rzeczy już zrobiłam i jestem pewna, że uda mi się zrobić resztę. W tym roku jestem wulkanem energii i entuzjazmu!


  1. Zrobić domową lemoniadę.
  2. Zrobić domowe lody.
  3. Ugotować coś nowego.
  4. Spróbować nowego dania.
  5. Spróbować nowego smaku zielonej herbaty.
  6. Nazbierać malin z ogródka babci.
  7. Zorganizować piknik.
  8. Pójść na grilla.
  9. Odwiedzić rodzinę.
  10. Zawrzeć interesujące znajomości.
  11. Zrobić zabawną/głupią sesję zdjęciową.
  12. Spędzić noc przy ognisku.
  13. Spać pod gołym niebem.
  14. Zobaczyć wschód słońca.
  15. Leżeć na trawie i oglądać chmury.
  16. Czytać książkę w cieniu drzewa.
  17. Opalać się, czytając książkę.
  18. Pójść do AquaParku.
  19. Zagrać w laserowego paitballa.
  20. Spróbować nowej formy aktywności fizycznej.
  21. Wybrać się na rowerową wycieczkę.
  22. Zwiedzić inne miasto.
  23. Odwiedzić nowe miejsca w swoim mieście.
  24. Odwiedzić ogród botaniczny.
  25. Pójść do Parku Doświadczeń.
  26. Spacerować po mieście do późna.
  27. Wytańczyć się na imprezie.
  28. Odkryć nowy zespół.
  29. Urządzić noc horrorów.
  30. Eksperymentować z domowymi kosmetykami.
  31. Upolować coś świetnego w SH.
  32. Przerobić kilka ubrań.
  33. Przemeblować pokój.
  34. Wziąć udział w konkursie.
  35. Zdobyć nową umiejętność.
  36. Odpowiedzieć na "50 Questions That Will Free Your Mind".
  37. Na chwilę stracić kontrolę i bawić się jak dziecko.

środa, 31 lipca 2013

Pierwszy raz pobiegłam w piątek. Potem biegałam jeszcze w sobotę, poniedziałek i wtorek. Oto całe moje biegowe doświadczenie. Jednak mimo takiego marnego stażu jako biegaczka, chcę podzielić się kilkoma spostrzeżeniami, które zdążyłam poczynić.


1. Szybkie doskonalenie się. Za mną cztery biegi w pięć dni. Można by pomyśleć, że niewiele mogłam zdziałać w takim czasie, a jednak zdziałałam - każdy bieg był lepszy od poprzedniego i mogę dokładnie określić o ile. W formach aktywności, których dotychczas próbowałam, ciężko było tak jasno i klarownie zmierzyć mój postęp, więc to dodatkowa frajda.

2. Bicie rekordów. W aplikacji, której używam do śledzenia wyników (Nike Running) jest 6 różnych rekordów do pobicia: najwięcej spalonych kalorii, najdłuższy bieg, najdalszy bieg, najszybszy kilometr, najszybsze 5 kilometrów i najszybsza mila. Na razie moje wyniki nie są imponujące, ale bardzo szybko się poprawiają, ponieważ nie mogę skończyć biegu, jeśli nie pobiję chociaż jednego rekordu. Gdyby nie to, prawdopodobnie nie odkryłabym, na ile mnie stać.

3. Pewność siebie. Bieganie zawsze wydawało mi się być czymś nie dla mnie - bo jestem za gruba, bo nie mam formy, bo mam za słabe nogi, bo nie potrafię zmotywować etc. Teraz robię coś, co do tej pory było niedostępne i dodaje mi to skrzydeł. Co więcej - jestem zaskoczona, że tak dobrze mi idzie, więc czuję jak moja pewność siebie rośnie i zaczynam wierzyć, że w innych rzeczach, mogę okazać się równie dobra.

4. Zakochanym być... Każdy wie, że podczas uprawiania sportu nasz organizm wydziela endorfiny, czyli hormony szczęścia. Bieganie jest pod tym względem specyficzne, bo podczas biegu wydziela się fenyloetyloamina, czyli hormon szczęścia, odpowiedzialny za uczucie zakochania. I choć po każdym treningu czuję się świetnie, to nastrój po bieganiu jest wyjątkowy.

5. Uzależnienie. Obiecałam sobie, że będę biegać 3 razy w tygodniu. Myślałam, że nie będzie mi ciężko się zmotywować, a okazało się, że mam odwrotny problem - nie mogę się doczekać każdego kolejnego biegu, a najcięższą próbą była dla mnie niedziela, czyli dzień na odpoczynek. Nawet pisząc ten post, nie mogę się doczekać, aż się ściemni i zrobi chłodniej, żebym mogła wreszcie zaliczyć kolejny bieg.

6. Uznanie w oczach innych. Kiedy ćwiczyłam w domu, najczęstszą reakcją ze strony innych było narzekanie domowników na to, że za dużo skaczę albo że muzyka jest za głośna. Moje bieganie, w przeciwieństwie do domowych treningów, nikomu nie przeszkadza, a nawet wzbudza w niektórych podziw. Nie spodziewałam się, że ludzie będą mi rzucać takie zazdrosne spojrzenia, więc tym bardziej to miły akcent podczas biegania.

7. Poczucie przynależności. Mimo tego, że biegam bardzo krótko, czuję się częścią biegającej społeczności. Uwielbiam to, kiedy mijam innego biegacza, a on się do mnie uśmiecha albo ja się uśmiecham, a on odwzajemnia mój uśmiech. Od razu się robi jakoś lżej...

8. Czas tylko dla siebie. Bieganie w jakiś magiczny sposób oczyszcza nasz umysł z negatywnych myśli. Im dalej się biegnie, tym mniej pamięta się o przykrych wydarzeniach minionego dnia i innych złych sprawach. Jest to też doskonały czas, żeby pomyśleć nad rozwiązaniem dręczących nas problemów, ponieważ podczas biegu przychodzą do głowy najlepsze rozwiązania i łatwiej jest poukładać sobie w głowie.


9. A efekty? Nie obchodzą mnie one i to jest chyba największy i najbardziej zaskakujący plus biegania (chodzi mi o efekty wizualne). Po czterech biegach, oczywiście, nie widać żadnej zmiany, ale, szczerze mówiąc, kontynuowałabym bieganie, nawet gdybym miała nie widzieć jej w ogóle. Ten typ aktywności daje mi tyle, że przestało mi zależeć na spadających centymetrach i kilogramach.

sobota, 27 lipca 2013

365 dni odwagi

Obiecałam, że nowe posty zaczną pojawiać się w lipcu. Mamy już 27, więc chyba czas najwyższy wywiązać się ze złożonej obietnicy.

Jeśli ciekawi Was, dlaczego nie pisałam, tłumaczę już na wstępie: byłam zbyt zajęta uciekaniem ze swojej strefy komfortu. Na początku zrobiłam jeden wielki krok, a potem dałam się ponieść... i czuję się wyśmienicie.

Powiedzieć, że jestem zmotywowana do zmian to mało. Czuję się zobowiązana do tego, żeby dokończyć dzieła, które zaczęłam, jakby na to nie patrzeć, przez przypadek. Chcę czegoś wielkiego, czegoś na miarę mnie. A nie mogę powiedzieć, że nisko się cenię, więc...

Daję sobie rok. Caaały, długi rok na to, żeby szaleć. Robić rzeczy, których zawsze się bałam, podejmować ryzyko, przełamywać się, poznawać nowych ludzi, kolekcjonować doświadczenia, odkrywać nowe miejsca - a wszystko po to, żeby odnaleźć siebie (przepraszam za ten patos, no ale... jak szaleć, to szaleć!). A oprócz zabawy czeka mnie też praca, żeby nie było, że się rozleniwiłam. Stałe doskonalenie się, walka ze swoimi wadami, ciężkie treningi, godziny nauki - pełen pakiet.




Powiem jeszcze, że bardzo się cieszę. I jestem wyjątkowo pewna, że tym razem się nie poddam, bo za mną już pierwszy krok. Poznałam smak prawdziwych wyzwań, uruchomiłam maszynę rewolucji i nie będzie łatwo jej zatrzymać. Tak więc moje wyzwanie nie skończy się szybko.

Za to ten post musi się skończyć szybko, bo zaczynam przesadzać z podniosłymi metaforami i może być już tylko gorzej. Więc na zakończenie niech przemówi za mnie ten oto obrazek:


czwartek, 30 maja 2013

Co warto dodawać do owsianki? #1

Płatki owsiane same w sobie są bombą zdrowych składników, ale naszą owsiankę możemy wzbogacić za pomocą różnych dodatków. Do tej pory wybierałam je, kierując się raczej moimi preferencjami smakowymi, ale ponieważ ostatnio staram się jeść bardziej świadomie, postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej o ich wpływie na nasz organizm.

Orzechy


Każdy z nas potrafi wymienić sporo rodzajów orzechów. Z biologicznego punktu widzenia, orzechem możemy nazwać tylko orzecha laskowego. Pozostałe owoce, otoczone twardą skorupką, które potocznie nazywamy orzechami, to pestkowce lub rośliny z rodziny bobowatych (orzech ziemny, bliski krewny fasoli). Większość z nich jest sprowadzana z ciepłych krajów, bo w naszym klimacie możemy spotkać tylko orzecha włoskiego i laskowego. Bez względu na to, jaki rodzaj orzecha wybierzecie, będzie to bardzo dobre posunięcie, gdyż jest to bez wątpienia jedna z najzdrowszych grup roślin, która działa pozytywnie na każdego - kobiety, mężczyzn, osób starszych, osób z wysokim ciśnieniem tętniczym...

Bogactwo składników odżywczych

Największym plusem orzechów jest duża zawartość jedno- i wielonienasyconych kwasów tłuszczowych (około 70% energii orzechów stanowią tłuszcze, przy czym zawartość nasyconych kwasów tłuszczowych jest bardzo niska). O tym, jakie działanie mają nienasycone kwasy tłuszczowe, czyli o obniżaniu poziomu złego cholesterolu, pisałam już trochę w poście na temat owsianki. Jednak zdolność orzechów do obniżania LDL i to przy niskim spożyciu, jest zaskakująca.

Każdy orzech zawiera wyjątkowy dla siebie zestaw witamin i składników mineralnych. Niektóre z nich są wspólne dla większości orzechów. Są to m.in.:
  • witamina E - antyoksydant, "zmiatacz wolnych rodników", przeciwutleniacz (hamuje procesy związane ze starzeniem się skóry)
  • kwas foliowy (witamina B9) - chroni przed nowotworami, głównie przed rakiem macicy, zapewnia sprawne funkcjonowanie wątroby, żołądka i jelit, ma pozytywny wpływ na układ pokarmowy i nerwowy, uczestniczy w tworzeniu erytrocytów, a także poprawia nastrój, ponieważ uczestniczy w syntezie serotoniny, noradreanaliny i "hormonu szczęścia"
  • magnez - reguluje ciśnienie i pracę serca, przeciwdziała skurczom (ja należę do osób, które mają z nimi problemy), jest niezbędny do działania ponad 80 enzymów w organizmie, uczestniczy w aktywacji witaminy B1, chroni przed zmianami miażdżycowymi. Brak magnezu pogłębia stany depresyjne
  • arginina -  aminokwas służący do budowy białka, który przyczynia się do większego przepływu krwi. Dzięki wysokiej zawartości argininy, orzechy wykazują działanie przeciwzapalne (stan zapalny w ścianach tętnic jest jednym w pierwszych objawów chorób układu krwionośnego).
  • sterole roślinne, fitoestrogeny i inne składniki mające korzystny wpływ na układ krążenia
Podsumowując, orzechy spowalniają procesy starzenia się,  poprawiają samopoczucie, mają zbawienne działanie na serce i układ krążenia. Oprócz tego obniżają ryzyko wystąpienia cukrzycy typu 2 i niektórych nowotworów, np. raka jelita grubego u kobiet (u mężczyzn nie wykazano takiego wpływu).

Różne rodzaje orzechów

Orzech włoski
przysmak dla mózgu


Ten rodzaj orzecha zawiera najwięcej cennych składników i pobija pod tym względem nawet najprawdziwszego z orzechów - laskowego. Jest to również jeden z dwóch typów rosnących w Polsce, a zarazem najbardziej popularny i najczęściej spożywany w naszym kraju. Mimo tego, orzechy włoskie, które znajdziemy na sklepowych półkach są w znakomitej większości sprowadzane z Kalifornii, Chin i Turcji. W Polsce uprawia się je głównie na działkach i w ogródkach - ja mam to szczęście, że w ogródku mojej babci rośnie wielki orzech, który dostarcza nam zapasów na cały rok. Jeśli jednak kupujecie orzechy włoskie w sklepie, to warto wiedzieć...

...jak je wybierać?

Po pierwsze: kupujcie te w łupinach. Skorupka nie może być uszkodzona ani jasna i mało pofałdowana, gdyż w takich orzechach jest mało miąższu. Wybierajcie te ciemne, mocno pofałdowane i włochate, nawet jeżeli wydają się najmniej apetyczne. Sprawdźcie też, czy poszczególne orzechy są ciężkie - jeśli nie, oznacza to, że w środku są już puste ze starości.

Jeśli wolicie pójść na łatwiznę i tym samym przepłacić za orzechy łuskane, zwróćcie uwagę na to, czy są dość ciężkie, lekko tłuste, niepokruszone i błyszczące.

A teraz kilka konkretów - garść orzechów włoskich zawiera 2 razy więcej przeciwutleniaczy niż taka sama ilość jakichkolwiek innych orzechów, a na dodatek działają one od 2 do 15 razy mocniej niż najpopularniejszy przeciwutleniacz - witamina E. Orzechy włoskie zawierają też spore ilości pełnowartościowego białka. Mają bardzo dobry wpływ na nasz mózg - poprawiają koncentrację i pamięć, dzięki zawartości witaminy E, C, a w szczególności kwasu lanolinowego.

Orzech laskowy
źródło młodości


Podobno jest to rodzaj orzech najczęściej wybierany przez "elegantki", cokolwiek to nie znaczy. Te panie zapewne wybierają je ze względu na to, że poprawiają urodę - zawierają upiększające witaminy: E, B1, B2 i C. Są one niemal tak wartościowe jak orzechy włoskie, poleca się je przy anemii, cukrzycy oraz chorobach nerek i żołądka.

Orzechy laskowe mają też więcej witaminy B6, folacyny, niacyny, manganu, żelaza, magnezu, wapnia i potasu, niż włoskie, ale różnice nie są wielkie. Zawierają najwięcej błonnika ze wszystkich orzechów.

Pistacje
coś więcej niż dodatek do lodów 
 

Są uważane za jedne z najsmaczniejszych orzechów. Ich systematyczne spożywanie obniża ryzyko zachorowania na raka prostaty i płuc, poprawia morfologię, metabolizm oraz wzmacnia zęby. Zawierają one składniki mineralne odpowiedzialne m.in. za: wspieranie systemu odporności, dobry słuch i budowanie kości. Ponadto mają niewiele mniej błonnika niż orzechy laskowe.

Jako jedyne ze wszystkich orzechów, zawierają karotenoidy, które zapobiegają zwyrodnieniu plamki żółtej - schorzeniu, które może doprowadzić do całkowitej utraty wzroku. Oprócz karotenoidów zawierają dużo luteiny, dlatego są polecane osobom z wadami wzroku.

Orzech makadamia
niezastąpione źródło energii


Orzechy te mają bardzo twarde skorupki, dlatego sprzedaje się je bez łupin. Należy pamiętać, że nie można ich za długo przechowywać, bo ze względu na dużą zawartość tłuszczu (aż 77%) bardzo szybko jełczeją.W związku z tym mają też bardzo dużo kalorii - aż 720-740 kcal na 100 gramów. Są to jedne z najdroższych orzechów.

Zawierają dużo selenu, wapnia, żelaza i fosforu oraz wyjątkowo dużo kwasu foliowego, dlatego polecane są kobietom w ciąży. Doskonale regeneruje skórę. Bardzo szybko zmniejszają poziom złego cholesterolu.

Nerkowce
przekąska dla sportowców


Nerkowce polecane są tym, którzy mają niedobory minerałów lub cierpią na nocne skurcze łydek, czyli są w sam raz dla sportowców. Ze względu na dużą zawartość magnezu są też dobre dla osób żyjących w stresie. Wzmacniają paznokcie i włosy. 

Orzechy te mają mniej tłuszczu, niż inne, bo tylko 50%, ale wciąż jest to duża dawka zdrowych nienasyconych kwasów tłuszczowych.

Orzech brazylijski
na nadciśnienie, odporność i skórę


Są najlepsze dla osób chorych na nadciśnienie i alergików. Wzmacniają układ odpornościowy i  zwalczają stany zapalne skóry, dzięki dużej zawartości selenu i cynku.

Migdały
owoce piękności


Migdały są polecane w profilaktyce nowotworów i przy kłopotach z krążeniem.

Jednak najbardziej znane są ze swojego zbawiennego wpływu na urodę, a w szczególności na skórę. Podobnie jak orzechy laskowe, migdały zapobiegają objawom starzenia się. Ponadto uelastyczniają ją, przez co jest mniej podatna na rozstępy (powinny je jeść szczególnie kobiety w ciąży i odchudzające się) i wzmacniają (a także paznokcie i naczynia krwionośne). Poprawiają też wygląd cery u osób pracujących fizycznie i przemęczonych.

 Spożywanie orzechów

Mimo, że orzechy to prawdziwy skarb dla naszego zdrowia, należy pamiętać o kilku rzeczach: są one bardzo silnym alergenem, który może spowodować wstrząs antyfilaktyczny (w skrajnych przypadkach), jednak zwykle alergia jest jedynie na dany rodzaj orzechów. Są też bardzo kaloryczne, dlatego należy kontrolować spożywane ilości. Zazwyczaj zaleca się jedzenie garści mieszanki orzechów codziennie lub kilka razy w tygodniu.

I w końcu najważniejsza sprawa - unikamy orzechów w czekoladzie, w karmelu, w miodzie, w panierce, solonych, pieczonych lub smażonych (w wysokiej temperaturze mogą tracić cenne właściwości). Do takich przetworzonych orzechów producenci dosypują mnóstwo uzależniaczy (np. glutaminian sodu, po którym czujemy się źle), cukru, soli, sodu i tłuszczu. Szczególnie należy się wystrzegać konserwantu E-220 (dwutlenek siarki). Spożyty w nadmiernych ilościach może wywołać problemy żołądkowe, obniża zawartość witamin w orzechach, a astmatykom utrudnia oddychanie.


Źródła: 
http://www.swiatkwiatow.pl/poradnik-ogrodniczy/orzechy-wlasciwosci-rodzaje-i-ciekawostki-id707.html 
http://www.eufic.org/article/pl/4/16/artid/nuts-fats-diseases-benefits-intake/ 
http://www.naukaipostep.pl/wiadomosci/przyroda/jedzmy-orzechy-wloskie/ 
http://vod.pl/wiem-co-jem-orzechy,80253,w.html 
http://kwasfoliowy.2ap.pl/ 
http://zdrowie.gazeta.pl/Zdrowie/56,101460,11196411,Nerkowce__odstresuj_sie_,,1.html

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...