piątek, 13 września 2013

Źródło: tumblr.com

1. Punkt przełomowy. Są takie dni, że cel, który sobie wyznaczyłaś wydaje się kosmiczny, bo w połowie (jeśli nie wcześniej) masz ochotę wrócić do domu. Wtedy wszystko jest nie tak: jest za gorąco, spodnie lecą z tyłka, koszulka jest tak mokra, że należałoby ją porządnie wycisnąć, nogi odmawiają posłuszeństwa, a muzyka w słuchawkach jest do wkurzająca. Ale nie rezygnujesz, bo wiesz, że jeśli tylko wytrzymasz jeszcze trochę, to przyjdzie ukojenie. Że jeśli tylko dasz radę pchnąć się nieco dalej, to dotrzesz do momentu, w którym przestajesz czuć to wszystko, a zamiast dyskomfortu poczujesz radość i wolność, i zaczniesz się zastanawiać, jakim cudem jeszcze przed chwilą byłaś taka zmęczona?

2. Ty i tylko ty. Kiedy biegasz, nie masz przed sobą żadnego trenera, który z całych sił stara się przekonać cię, żebyś się nie poddała, jak to się dzieje w przypadku ćwiczeń z DVD. Nie ma wokół ciebie tłumu ludzi, w tym instruktorów, którzy samą swoją obecnością motywują cię do ćwiczeń, jak na siłowni. Jesteś sama. Bieganie to test dla twojego samozaparcia. Czy jesteś w stanie sama przebrnąć przez kryzys? Czy jesteś w stanie sama zmotywować się do pokonania kolejnego kilometra? Czy jesteś w stanie zignorować ograniczenia swojego ciała i dać z siebie więcej?

3. Źródło nieustającej inspiracji. Mogę Was z czystym sumieniem zapewnić, że nic innego nie dostarczy Wam tyle inspiracji do pisania postów, co bieganie. W dodatku kiedy zaczyna się pisać w głowie post, to czas leci tak szybko, że kolejne kilometry mijają zanim zdążycie o nich pomyśleć. Tak więc blogerki - biegajcie!

4. Zawiązywanie przyjaźni. Wygląda to tak: rozmawiasz sobie z kimś znajomym, kogo lubisz, ale nie jest ci szczególnie bliski. Prowadzicie pierwszorzędną gadkę-szmatkę, która pozwala uniknąć niezręcznej ciszy, może nawet czerpiecie jako taką przyjemność z tej rozmowy i dobrze się bawicie. Potem dowiadujesz się, że ta druga osoba też biega i nagle powstaje między wami bardzo silna więź - masz nowego biegowego przyjaciela! To bardzo specyficzny rodzaj przyjaciół, których warto mieć jak najwięcej. Dobra wiadomość jest taka, że coraz więcej osób interesuje się bieganiem, więc szanse na zdobycie nowych biegowych przyjaciół stale rosną. A jeszcze lepsza wiadomość to to, że ze zwykłego przyjaciela (albo zwykłego znajomego) możesz uczynić biegowego przyjaciela, opowiadając wszystkim o magii biegania.

5. Wycieczki krajoznawcze. Kolejny powód, żeby być wdzięczną za to, że coś mnie popchnęło do zaczęcia biegania - moja okolica jest pełna pięknych miejsc, o których nigdy bym się nie dowiedziała, gdyby nie bieganie (założę się, że Twoja też). A odkrywanie ich jest naprawdę ekscytujące - nawet nie pomyślałabym, że może być aż tak fajnie. No i druga sprawa: wydaje ci się, że żeby dostać się do punktu X, musisz wsiąść w autobus, potem przesiąść się w tramwaj i podejść kawałek na nogach, aż pewnego pięknego dnia, podczas jednej z biegowych ekspedycji, niespodziewanie dobiegasz do punktu X i nie możesz uwierzyć własnym oczom. A jednak. Całe życie w kłamstwie...  Moja mała rada: daj się ponieść swoim nogom, a może też odkryjesz tajny skrót, rodem ze swoich dziecięcych marzeń?

6. Blisko natury... Zaczynając bieg, zaczynasz myśleć o różnych sprawach - u mnie czasem są to życiowe problemy a czasem odmiana francuskich czasowników. Ale po pewnym czasie dochodzę do takiego momentu, że mój umysł jest zupełnie wolny od tych wszystkich myśli i w jakiś magiczny sposób zaczynam dostrzegać piękno otaczającego mnie świata. Biegnę i podziwiam przyrodę, której, mogłoby się wydawać, za wiele nie ma, gdy mieszka się w środku miasta, a jednak - zapach mirabelek, cykanie świerszczy, rześkie powietrze, ciepłe, jesienne kolory - to wszystko tu JEST i niesamowicie umila czas. 

Źródło: tumblr.com

Te zalety i dziewięć poprzednich zauważyłam podczas swojej bardzo długiej przygody z bieganiem, na którą składa się 17 biegów, 68 kilometrów, 9 godzin oraz mnóstwo endorfin i satysfakcji. Czuję, że w miarę jak moje doświadczenie będzie się powiększać, ja będę odkrywać kolejne i kolejne, a potem, oczywiście, dzielić się nimi tutaj.

Ps. Przepraszam za okropny zastój na blogu, ale mam chwilowo straszne zamieszanie, a na dodatek dużo czasu spędzam poza miastem, bez Internetu.

wtorek, 3 września 2013

Tradycyjnie, początek roku szkolnego jest pełen zamieszania, przez co nie miałam jak napisać tego posta (tego i kilku innych) w terminie. Jednakże - co się odwlecze, to nie uciecze.

31 lipca 2013

Powyższy zrzut ekranu zrobiłam 31 lipca, czyli po 4 biegach. Nie ma się czym chwalić, to prawda, ale każdy musi od czegoś zacząć. Teraz, po miesiącu regularnych biegów, jest już lepiej, a konkretnie:

3 września 2013
11 sierpnia - podczas jednego biegu spaliłam aż 363 kalorie, tym samym pobiłam poprzedni rekord o 37 kalorii. Tego samego dnia udało mi się zaliczyć najdłuższy dystans w życiu (profesjonalni biegacze, teraz możecie się śmiać) - 5,5 kilometra, a to aż o pół kilometra więcej, niż dałam radę pobiec w poprzednim najdłuższym biegu. Pobiłam też rekord długość czasowej, ale to tylko 1 minuta 25 sekund, a więc nic takiego.

Dzień wcześniej, 10 sierpnia, przebiegłam najszybsze 5 kilometrów - pobiłam rekord aż o 5 minut! Z tego jestem najbardziej dumna, chociaż wiem, że to wciąż jest bardzo, bardzo wolne 5K.

I wreszcie, najświeższe rekordy, dokonane przed nie całą godziną - 1 kilometr w 6 minut 49 sekund (wcześniejszy czas dłuższy o 1 minutę 12 sekund) i mila w 11 minut 24 sekundy (wcześniej prawie dwie minuty więcej).


Źródło: tumblr.com

czwartek, 29 sierpnia 2013

14 kg w 144 dni: FAZA PIERWSZA

e
Źródło: weheartit.com
14 kg w 144 dni
FAZA PIERWSZA:
regularity is the key

 28 sierpnia - 14 sierpnia
Moim celem na te 18 dni jest trzymanie się zasad z FAZY ZERO, które wpoiłam w siebie na tyle, że nie będzie to trudne - właściwie większość jedzeniowych wyborów robię już automatycznie i nie muszę się stale kontrolować. Jest tylko jedna rzecz, właściwie dwie, nad którymi muszę popracować - regularność posiłków i niejedzenie przed snem - to, co w poprzedniej fazie nie wyszło zbyt dobrze. W roku szkolnym, który jest tuż tuż, będzie o to łatwiej - wstawanie codziennie o tej samej godzinie, chodzenie spać codziennie prawie o tej samej godzinie, dużo zajęć, które trzymają z dala od podjadania znacznie upraszczają sprawę.

Jest też jedna rzecz, o której, nie wiedzieć czemu, nie pomyślałam na początku - dzienniczek żywieniowy. Mam zamiar skrupulatnie prowadzić go przez następne 18 dni, a nawet więcej, żeby widzieć czarno na białym zarówno dobre rzeczy w mojej diecie, jak i błędy.
Źródło: weheartit.com
 

środa, 28 sierpnia 2013

Źródło: weheartit.com

A więc dzisiaj o gorzkiej czekoladzie - wiem, że mleczna czy też biała cieszą się większym powodzeniem, ale nie mają one tak dobrego wpływu na nasze zdrowie i urodę, dlatego mam nadzieję, że po przeczytaniu tego wpisu, przeciwnicy gorzkiej czekolady nauczą się ją kochać.

Źródło: hellozdrowie.pl

Gorzka vs. mleczna

Co prawda gorzka czekolada ma więcej kalorii i więcej tłuszczu, niż mleczna, ale za to jest bogatsza w nienasycone kwasy tłuszczowe, zawiera 4 razy więcej błonnika, niemal 5 razy więcej żelaza, około 3 razy więcej magnezu, 2 razy więcej potasu, o połowę więcej cynku i więcej fosforu.

W mlecznej natomiast znajdziemy 2 razy więcej cukru, około 4 razy więcej sodu i aż 10 razy więcej złego cholesterolu.
 
Jak widać na obrazku obok, najmniej zdrową opcją jest biała czekolada, ale... czy kogoś to dziwi?





Gorzka czekolada a uroda
Na pewno słyszałyście kiedyś, że czekolada źle wpływa na cerę albo może same zaobserwowałyście takie zjawisko. Cóż, nie jest to potwierdzone naukowo, wiemy natomiast, że spożywanie umiarkowanych ilości gorzkiej wpływa pozytywnie na skórę - chroni ją przed szkodliwym działaniem słońca i poprawia jej kondycję, dzięki sporym ilościom flawonoidów. Ponadto zapobiega starzeniu się skóry, dzięki dużym ilościom antyoksydantów.

Czekolada może też pomóc w procesie odchudzania - jak mówią naukowcy z Kopenhagi, gorzka czekolada wywołuje uczucie sytości i zmniejsza apetyt na tłuste, słodkie i słone pokarmy.

Na zdrowie! 
Dobra na serce - badania naukowców z Harvardu wykazały, że zjadając 28-60g gorzkiej czekolady miesięcznie, obniżamy ryzyko zgonu z powodu niewydolności serca o 32%. Te same antyoksydanty, które są zbawienne dla naszej cery, są również odpowiedzialne za spadek złego cholesterolu oraz hamowanie agregacji płytek krwi i odkładania się płytek miażdżycowych. Ponadto zapobiega zakrzepom i obniża ciśnienie krwi.

Dobra dla mózgu - badania przeprowadzone na prawie 45 tysiącach osób wykazały, że już jedna porcja gorzkiej czekolady tygodniowo obniża ryzyko udaru mózgu o 22%. Udowodniono również, że zwiększa funkcje poznawcze u osób starszych - hamuje rozwój demencji i zmniejsza ryzyko Alzheimera.

Źródło: weheartit.com

Zakochaj się w czekoladzie!
W czekoladzie zawarta jest fenyloetyloamina, czyli "hormon szczęścia" odpowiadający za uczucie zakochania, dlatego już sam jej zapach poprawia nastrój :) Już nieduże ilości czekolady są w stanie poradzić sobie z zespołem napięcia przedmiesiączkowego, ponieważ wyrównują poziom serotoniny.

OSTRZEŻENIE: czekolada może wprowadzić w stan odurzenia narkotykowego - wystarczy 110 tabliczek!

Źródło: weheartit.com


Jak wybierać czekoladę?
Nie kupujmy czekolad, które mają poniżej 70% procent kakao. Oczywiście, im więcej tym lepiej, ale zazwyczaj te o większej zawartości kakao to czekolady z wyższej półki, za które musimy zapłacić co najmniej 2 razy więcej. Ja bardzo lubię, kiedy czekolada ma 90% kakao i jestem skłonna wydać na taką więcej, zwłaszcza, że i tak jem ją w małych ilościach i jedna tabliczka starcza na bardzo długo.

I jeszcze jedna ważna sprawa - nie dajcie się nabrać na żadne "light", "fit" czy też "lekka" - zwykłe oszustwo.







Ps. Przepraszam za tak bogate zilustrowanie wpisu (czy też macie teraz ochotę na czekoladę?), ale oprócz tych wszystkich zalet, czekolada jest też bardzo fotogeniczna!

Ps.2. Jeśli szukacie porządnej dawki motywacji, zapraszam na mojego TUMBLRA, gdzie codziennie dodaję nowe fit-inspiracje.

Źródła:
http://natemat.pl/57705,jedz-gorzka-czekolade-codziennie-zachowasz-zdrowie-i-mlodosc
http://www.hellozdrowie.pl/jedzenie/slodka-prawda-o-gorzkiej-czekoladzie/strona/3
http://www.digest.com.pl/gorzka-czekolada-leczy
http://24.media.tumblr.com/e4bd0469190a2f9d6d28b6a434dbb15/tumblr_mrm9mpQv1H1rjpm4uo1_500.jpg
http://24.media.tumblr.com/7a1c601bbbf1d75e24c58422582567aa/tumblr_mrm9mpQv1H1rjpm4uo2_500.jpg

wtorek, 27 sierpnia 2013

Dzień 1.: Fit Test Najgorszy bieg w dziejach

Wyszłam z domu, żeby pobiegać, a ponieważ nie miałam ochoty na żadne bicie rekordów, zaczęłam bieg z postanowieniem, żeby zrobić jedynie minimum, które miałam w planie i to spokojnie, wolnym tempem, a potem wrócić do domu. Nie byłoby w tym nic złego, w końcu nie każdy dzień musi być dniem wielkich biegowych osiągnięć - problem polega na tym, że nie udało mi się wyrobić nawet tego głupiego minimum, mimo że wcześniej za każdym razem robiłam więcej, niż zakładał plan. Ten pamiętny bieg był gorszy niż mój pierwszy, a i tak byłam okropnie zmęczona. Wracając do domu (istny spacer wstydu), nie rozmyślałam nad tym, co mogło spowodować taki zły wynik, tylko co mogę zrobić, żeby to już się nie powtórzyło. Trening, który poprawi moją kondycję, wzmocni nogi i wyzwoli wewnętrznego wojownika? Insanity. Postanowione.

Dzień 2.: Plyometric Cardio Circuit

Insanity

Plyo, kochane Plyo. Ćwiczenia, na które można liczyć. ZAWSZE skopią ci tyłek. Możesz je zrobić milion razy, a i tak pozostają niezawodne. I jak tu ich nie kochać?

Mój tyłek został skopany już podczas rozgrzewki, ale odpoczęłam podczas rozciągania - tylko po to, żeby ćwiczenia zasadnicze mogły go skopać od nowa. Mówię poważnie. Nie mam pojęcia, ile razy upadłam na ziemię, próbując zrobić pompkę, ale na pewno dużo. Nie mam też pojęcia, ile razy musiałam się wycierać ręcznikiem, żeby się nie utopić we własnym pocie (co ja mówię? Kobiety się nie pocą, kobiety błyszczą) - w każdym razie pod koniec był bardzo mokry. Nie mam pojęcia, ile razy miałam ochotę zabić Shauna, ale układałam plany zbrodni, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo jestem zmęczona.

Wiem za to, że skończyłam ten trening, leżąc na ziemi, nie mając siły nawet na podniesienie rąk do góry. I że moje nogi trzęsły się jak samochód, który nie może odpalić (autentyczne skojarzenie, być może takie rzeczy przychodziły mi do głowy ze zmęczenia). I że musiałam suszyć włosy suszarką, bo były tak mokre. I że CHCĘ WIĘCEJ.

Dzień 3.: Cardio Power & Resistance 
Insanity

Te ćwiczenia też kocham. Mimo tego, że przypominają mi o tym, jak bardzo słabe są moje ręce. A może właśnie dlatego - w końcu to szansa, żeby się wreszcie wzmocniły.

Dzień 4.: Cardio Recovery

Insanity 

W szkole uczono mnie, że "recovery" znaczy "regeneracja". Oszukali mnie, bo te ćwiczenia nie mają dużo wspólnego z regeneracją. Na pewno nie dla moich łydek, nękanych potwornymi zakwasami. Za tydzień pewnie zmienię zdanie, ale dziś... Ałć!

Dzień 5.: Pure Cardio Cardio Abs

Insanity

Zakwasy w łydkach nie dawały mi żyć. Nie było mowy, żebym dała radę zrobić Pure Cardio, więc postawiłam na coś, co nie będzie wymagać pracy nóg. Przynajmniej wydawało mi się, że nie będzie, ale rozgrzewka zgniotła moje nadzieje w proch. Mimo wszystko - zrobiłam ją, w wersji bardzo zmodyfikowanej, ale zrobiłam. Potem nastąpiły ćwiczenia zasadnicze, które oszczędziły moje łydki... i brzuch niestety też. Tylko tyle masz mi do zaoferowania, Shaun?!

Dzień 6.: Plyometric Cardio Circuit

Insanity

 Byłam w samym środku rozdziału "Targowiska Próżności", wciągającego, ciekawego, pięknie napisanego rozdziału, gdy nastała pora ćwiczeń. Nie muszę chyba mówić, że mi się nie chciało. Nie miałam najmniejszej ochoty na ćwiczenia, ale miałam ochotę na to, że móc biegać dalej i szybciej, więc ruszyłam tyłek i zaczęłam ćwiczyć. Rozgrzewka - nudy, nudy, nudy. Z trudem przez nią przebrnęłam, ale kiedy tylko skończyłam i poleciały pierwsze krople potu, włączyło się "Warrior Mode". Ooo tak, dzisiaj byłam wojownikiem. Wojownikiem, który cały czas dawał z siebie wszystko i ukończył ćwiczenia z dumą. A na dodatek - na stojąco. Cóż mogę powiedzieć - kondycha się poprawia!

Dzień 7.: Rest Day

Nudzę się... Kiedy następny trening?

niedziela, 25 sierpnia 2013

Jak poradzić sobie z zakwasami?

Źródło: wehearit.com

Jak powstają zakwasy?
Nazwa "zakwasy" pochodzi od kwasu mlekowego, który pierwotnie był uważany za ich przyczynę. Obecnie wiemy, że podczas intensywnego wysiłku, gdy nasze mięśnie nie dostają wystarczająco dużo zachodzi proces fermentacji mlekowej, w skutek której wydziela się kwas mlekowy, ale już po około godzinie jego poziom w organizmie wraca do normy. Co więc jest przyczyną zakwasów? Nic związanego z kwasem, więc ta nazwa przestaje być sensowna - powinniśmy używać terminu "opóźniona bolesność mięśniowa" (DOMS - Delayed Oneset Muscle Soreness).

W latach 80. przeprowadzono badania, które potwierdziły, iż po ekstremalnym wysiłku 20-30% włókien mięśniowych zostaje uszkodzonych. Uszkodzenia te (mikro-urazy) prowadzą do tzw. reakcji wtórnych, prowadzących do wrażliwości na ucisk, obrzęków, napięcia, sztywności i osłabienia, które my odczuwamy najczęściej następnego dnia (po nocnym odpoczynku) jako ból mięśni.

Jak zapobiegać? 
  • rozgrzewka - mam nadzieję, że konieczność wykonywania rozgrzewki przed ćwiczeniami jest dla każdego jasna jak Słońce. Intensywny wysiłek powinna poprzedzać intensywna rozgrzewka.
  • odpowiednia intensywność treningu - nie porywajmy się z motyką na słońce. Jeśli do tej pory nie ćwiczyłaś albo miałaś długą przerwę w treningach - zacznij od mniej intensywnego treningu, dostosowanego do Twoich możliwości.
  • cool-down - intensywnego treningu nie kończymy nagle, tylko wykonujemy ćwiczenia o coraz mniejszej intensywności aż do spoczynku.
Jak leczyć?
Przekopałam chyba cały Internet w poszukiwaniu sposobów na zakwasy, przetestowałam wszystkie, ale nic nie jest w stanie poradzić sobie z moimi obolałymi łydkami (Insanity dało mi najgorsze zakwasy życia). Wygląda jednak na to, że jestem jakimś patologicznym przypadkiem, bo ludzie zachwalają te sposoby, mówiąc, że pomogły im rozprawić się z uporczywymi zakwasami. Więc co takiego może (ale nie w każdym przypadku, niestety) nam pomóc?
  • gorąca kąpiel (lub sauna)
  • masaż sportowy
  • maści rozgrzewające
  • odpoczynek (sen)
  • zbilansowana dieta (zapewniająca białko, tłuszcze i węglowodany, z naciskiem na białko)

A co z treningiem? Tej kwestii dalej nie rozwiązałam, ponieważ opinie są skrajnie różne. Jedni mówią, że zakwasy należy rozćwiczyć, a inni - dać odpocząć. Mnie od dziecka przekonywano do tej pierwszej metody, ale teraz nie jestem taka pewna. W każdym razie nie mam zamiaru się obijać z powodu zakwasów - jeśli ból łydek nie ustąpi (no bo ileż można?!), to poćwiczę tylko górną część ciała.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Muszę przyznać, że tytuł ćwiczeń od początku brzmiał obiecująco. Wszystko, co dobre w starym, klasycznym callaneticsie, udoskonalone dzięki nauce i technice. Tak mniej więcej to sobie wyobrażałam. Czy miałam rację?

Źródło: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10151412883210252&set=a.10151412883200252.830827.467185065251&type=3&theater

Prowadząca. Wszystkie wiemy, że trenerka odrywa dużą rolę podczas ćwiczenia z płytą. CE niestety nie jest prowadzone przez Callan i za to ma u mnie minusa - ale to tylko moje bardzo subiektywne odczucie, bo z jakiegoś powodu odczuwam dużą sympatię względem Callan i zawsze umila mi ćwiczenia (pewnie dlatego, że wyobrażam sobie, iż jestem jedną z uczennic, które przychodziły do jej attelier na dachu nowojorskiego wieżowca paręnaście lat temu... Bardzo chciałabym mieć do tego okazję). Ten program prowadzi Sandra Hanna, którą również bardzo polubiłam, ale to jednak nie Callan. Towarzyszą jej trzy inne trenerki: Judy, McKenzie i Karen.

Obecność tych trenerek jest dużym plusem - pokazują trzy różne poziomy zaawansowania, czego w oryginalnym wideo brakowało. Kolejną oznaką "ewolucji" są dwa nowe typy ruchów. W wideo z Callan pojawiały się tylko ruchy przód-tył/góra-dół. Teraz mamy do wyboru jeszcze ruch "obrotowy" i "spiralny" (chodzi o delikatne, pulsacyjne ruchy, które są podstawą callaneticsu). Trzecia rzecz - nieustanne przypominanie o angażowaniu mięśni przepony miednicznej. Podejrzewam, że ma to na celu zmniejszenie bólów miesiączkowych, a ponieważ ja takowych nie miewam, to trochę mi to przeszkadzało. Nie spotkałam się z tym przy żadnym innym programie, więc po prostu wydaje mi się to dziwne.


Bardzo podoba mi się to, że w pakiecie z ćwiczeniami dostajemy kilka ciekawych filmików: filmik wprowadzający, filmik pokazujący, jak wprowadzić callanetics do codziennych ruchów oraz filmik przedstawiający koncepcję callaneticsu, w którym Sandra tłumaczy m.in. jak wykonywać poszczególne pulsacyjne ruchy i dlaczego angażowanie mięśni miednicy jest takie ważne - ja niestety mam tylko część z ćwiczeniami, a bardzo chciałabym się dowiedzieć, o co chodzi z tą miednicą.

W CE ćwiczenia są rozłożone całkiem inaczej niż w oryginale:
  • rozgrzewka: bardzo podobna do tej z "10 years younger in 10 hours".
  • ćwiczenia na nogi: zawierają nie tylko ćwiczenia zasadnicze, ale też rozciąganie.
  • ćwiczenia na biodra i dolną część pleców: właściwie są to wariacje ćwiczeń z klasycznego programu, również i jedno zupełnie nowe. I przed, i po, i między ćwiczeniami mamy rozciąganie tych części ciała.
  • ćwiczenia na miednicę i uda: przynajmniej tak je nazywają... Dla mnie to pomieszanie z poplątaniem: dwa ćwiczenia na miednicę i uda (bardzo podobne do ćwiczeń z Callan), rozciąganie, ćwiczenie na tricepsy, kolejne ćwiczenie na miednicę i uda oraz jeszcze jedno rozciąganie.
  • ćwiczenia na brzuch: poprzedzone i zakończone rozciąganiem. To moja ulubiona część całego programu. Są zupełnie inne, niż ćwiczenia z "10 years younger in 20 hours" i, muszę przyznać, dużo lepsze - ciekawsze i skuteczniejsze. W tej części znajduje się też kolejne ćwiczenie na tricepsy. Nie wiem, czemu są tak pomieszane, ale dobrze, że w ogóle są - w oryginalnym wideo było tylko jedno, podczas rozgrzewki.
  • końcowe rozciąganie 
Ciężko mi powiedzieć, czy lepsze są oryginalne ćwiczenia, czy ich wyewoluowana wersja. Jak już pisałam, ćwiczenia na brzuch są niewątpliwie lepsze (teraz, gdy ćwiczę z Callan, wykonuję te ćwiczenia zamiast tych, które lecą na ekranie). Świetne są też ćwiczenia rozciągające - większość z nich włączyłam do mojego pobiegowego rozciągania.

Generalnie ćwiczeń jest więcej, ale za to poszczególne pozycje utrzymuje się krócej. Zapewne z tego powodu nie ma licznika, który odliczałby czas, ale dla mnie jest to minusem, ponieważ wprowadza wrażenie chaosu. Między innymi dlatego ciężko mi było podzielić program na poszczególne sekcje.

Do wykonywania tych ćwiczeń nie potrzeba specjalnych przyrządów - tak samo jak do wykonywania "10in10". Ja nie używałam niczego, ale dużo lepiej ćwiczyłoby mi się z matą. Oprócz tego przyda się coś do oparcia rąk podczas wykonywania ćwiczeń na nogi. Początkujący mogą zaopatrzyć się z poduszkę, natomiast zaawansowani w lekkie ciężarki (w filmie używają takich w kształcie kuli, ale nigdzie nie takich nie widziałam).

Jak widzicie, program ten ma zarówno swoje wady jak i zalety. Ciężko by mi było wybrać między nim, a "10 years younger in 10 hours", gdyby nie dwie rzeczy: pierwsza jest taka, że CE mnie zwyczajnie nudziło (czytaj: bardzo mi się dłużyło), a druga to efekty. Po "10in10" były szybsze i dużo bardziej widoczne.

Źródło: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10151799586740252&set=a.10151412883200252.830827.467185065251&type=3&theater

Powyższe zdjęcie przedstawia efekt po 12-15 treningach (znalezione na stronie Sandry), więc nie jest tak, że te ćwiczenia dają gorsze rezultaty - chyba tylko na mnie tak zadziałały. Niemniej jednak z tego (głównie) powodu nie mam zamiaru wracać do CE i pozostanę przy moim ukochanym callaneticsie z Callan.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...