sobota, 10 sierpnia 2013

Na początek zacytuję wczorajszy wpis: "...czuję się bezpieczniej i pewniej. Mam plany, mam postanowienia, mam listy, mam wyzwania". Jedno wyzwanie wczoraj przedstawiłam, teraz pora na zapoznanie Was z planem. Planem, który ma mnie wreszcie doprowadzić do wymarzonej figury. Generalnie to nie lubię "być na diecie" i tak dalej, ale zwykłe rozsądne odżywianie chyba nie zdaje u mnie egzaminu (gdyby zdawało, to nie musiałabym się porywać na planowanie diet). Potrzebuję kopa w dupę. A plan? Dobry plan nie jest zły i tyle na ten temat. Mam przeczucie, że tym razem (tym tysiąctrzystasiedemdziesiątymósmym razem) mi się uda, bo coś we mnie pękło. Coś złego, co we mnie siedziało, pękło i dlatego od początku lipca czuję się niespotykanie dobrze. Inaczej. Dlatego teraz wreszcie TO ZROBIĘ.

Źródło: Google Grafika

144 dni, dlatego że ostatnio lubię niestandardowe liczby. I dlatego, że pasuje do czternastki. I dlatego, że tyle dni pozostało do końca roku. I wreszcie - to całkiem rozsądny czas na zrzucenie 14 kg. Okres ten podzieliłam na 8 faz, żeby się nie znudzić i nie zdemotywować.

14 kg w 144 dni

FAZA ZERO:
hit it!

10 sierpnia - 27 sierpnia

Faza pierwsza to dieta z prawdziwego zdarzenia. Najbardziej restrykcyjna i szalona. Potem, mam nadzieję, pewne rzeczy wejdą mi w nawyk i nie będę musiała o nich tyle myśleć, ale póki co - może być ciężko. To i tak tylko 18 dni, więc mogę się trochę pomęczyć. To czas na wpojenie pozytywnych nawyków,dlatego będę się pilnować jak nigdy wcześniej.

Zasady gry:
  • jem 5 posiłków zamiast 4, ale za to mniejszych. Muszę kontrolować porcje, żeby mój żołądek się przyzwyczaił.
  • posiłki jem codziennie o tej samej porze
  • żadnych słodyczy - to wiadomo, bo przecież jestem w trakcie bezsłodyczowego wyzwania.
  • ograniczam się do jednej (gorzkiej) kawy dziennie. 
  • piję zieloną i czerwoną herbatę - od 1 do 3 kubków dziennie.
  • śniadanie jem około 45-60 minut po przebudzeniu, a kolację 3 godziny przed snem.
  • unikam białegych produktów: chleba, makaronu, ryżu i mąki
  • nie jem smażonych kotletów w panierce ani ziemniaków
  • dbam o to, by dostarczyć organizmowi odpowiednią ilość białka
  • obcinam produkty mączne (zdecydowanie za dużo ich jem) na rzecz warzyw i białka
  • jem świadomie i powoli, słucham swojego organizmu - nie przejadam się ani nie jem za mało
Źródło: tumblr.com

piątek, 9 sierpnia 2013

Źródło: weheartit.com

27 lipca ogłosiłam 365 dni odwagi. Od tego czasu minęły dwa tygodnie, które poświęciłam na przełamywanie się, próbowanie nowych rzeczy, zawiązywanie znajomości, odkrywanie siebie i egzystencjonalne przemyślenia. I były to bardzo piękne 2 tygodnie - pełne zabawy, spontaniczności, nowych doświadczeń - z których jestem bardzo zadowolona. To szaleństwo tak wypełniało moją głowę, że całkowicie zapomniałam o czymś, bez czego przed wakacjami nie mogłam żyć. A teraz, kiedy po raz pierwszy od dawna przyszło mi zostać cały dzień w domu, nie wiedziałam co ze sobą zrobić, aż wreszcie po prostu usiadłam przy biurku, wzięłam kartki i długopis... I poczułam flow! Brakowało mi list, tabelek, kalendarza, planów, postanowień i wyzwań. Już wiem, że choć nowa ja na pewno będzie bardziej spontaniczna i otwarta, to bez planowania i porządnej organizacji się nie obejdzie - to po prostu mój żywioł.

Po kilku godzinach moje życie jest bardziej ogarnięte, a ja czuję się bezpieczniej i pewniej. Mam plany, mam postanowienia, mam listy, mam wyzwania. Jednym z wyzwań jest niejedzenie słodyczy. Jeden punkt z mojej listy "101 in 1001" to zrezygnowanie ze słodyczy na 3 tygodnie. Ale tę listę tworzyłam dawno temu. Byłam młodsza, mniej pewna siebie, mniej wojownicza i mniej rozkochana w stawianiu sobie wyzwań, więc... Wytrwam dłużej.

Czas: start!

Źródło: weheartit.com

Dla mnie słodycze to:
  • sztandarowe słodkości: czekolada (wyjątek: gorzka czekolada używana np. do owsianki), batony, cukierki, żelki, ciasteczka...
  • domowe wypieki (nie wliczając to moich własnych, zdrowych modyfikacji, np. ciasteczek owsianych)
  • drożdżówki, pączki, słodkie bułeczki i inne piekarniane wyroby tego typu
  • słodzik i biały cukier
Ciekawe, ile wytrzymam? Nie stawiam sobie żadnych konkretnych celów (ma być po prostu dłużej niż 21 dni), ale gdzieś w głowie chodzi mi myśl, żeby może wytrzymać aż do moich urodzin...? No cóż - pożyjemy, zobaczymy :)

czwartek, 8 sierpnia 2013

Ostatnio stanęłam przed ciężkim, ale za to sprawiającym mnóstwo radości wyborem: buty do biegania. Sprawa byłaby całkiem prosta, gdyby na polskim rynku (bo za oceanem sprawa ma się nieco lepiej) były dostępne moje wymarzone Nike Free Run +3 5.0 w kolorze mięty. Wtedy bez wahania wybrałabym je i problem z głowy! Rzeczywistość jednak nie jest kolorowa jak oferta friranów, więc musiałam zmagać się z bardzo szerokim asortymentem internetowych sklepów sportowych (nie mówię, że duży wybór to zła rzecz).

Producenci nieco ułatwiają przekopywanie się przez tysiące modeli, bo każdy model ma swoje specyficzne zastosowania. Kryteria, według których wybieramy buty to między innymi: długość biegu, powierzchnia biegania, waga biegacza oraz typ stopy, o którym dzisiaj będzie mowa.

Źródło: runnersclub.pl
Wyróżniamy 3 typy stopy ze względu na kształt oraz ustawienie jest przedniej i tylnej części (cechy biomechaniczne):

1. Stopa neutralna. Jest to najbardziej pożądany typ stopy, ponieważ jej ustawienie zapewnia równomierne rozłożenie ciężaru ciała - od momentu nastąpnięcia przez stawianie całej stopy, aż do wybicia i oderwania - oraz naturalne pochłanianie wstrząsów.

Źródło: runnersclub.pl
Stopę neutralną można poznać po tym, że zostawia ślad, na którym widać dość szeroki pas łączący piętę z przednią częścią oraz po tym, że gdy patrzymy na nią od tyłu, pięta jest ustawiona w jednej linii z nogą.

Buty: muszą zapewnić minimalną stabilizację i amortyzację. Buty dla takich biegaczy bardzo często oznaczone są terminami "Cushion", "Neutral", "Stability" lub "Control" (dwa ostatnie kierowane są dla lekkich pronatorów, którzy również zaliczają się do tej grupy).

2. Stopa pronująca. W tym przypadku ciężar ciała przenoszony jest przede wszystkim na wewnętrzną krawędź stopy. Stopy za bardzo przechylają się do środka, w efekcie czego biegacz wybija się z palucha, a niskie podbicie ogranicza naturalny mechanizm pochłaniania wstrząsów. Ten typ stopy jest bardzo częsty.

Źródło: runnersclub.pl
Na odciśniętym śladzie stopy pronującej widać nieznaczne wcięcie od wewnętrznej strony, natomiast od tyłu widać, że pięty odstają od linii prostej na zewnątrz.

Buty: potrzebne są elementy wzmacniające stopę podczas biegu, zapewniające stabilizację i wsparcie dla środkowej części stopy i kontrolujące skręt stopy. Buty dla nadpronatorów to "Stability", "Control", "Structured", a dla wyjątkowo stóp silnie pronujących - "Motion Control".

3. Stopa supinująca. Jest to zjawisko odwrotne do poprzedniego - ciężar ciała przenoszony jest głównie na zewnętrzną krawędź stopy. Występuje u osób z podbiciem, którego wysokość i sztywność prowadzi do dużych wstrząsów. Ryzyko kontuzji przy tym typie stopy jest największe, ale za to występuje on najrzadziej.

Źródłó: runnersclub.pl
Na śladzie widać cienką linię łączącą piętę z przodostopiem, a czasem można w ogóle nie zaobserwować takiego połączenia.

Buty: ponieważ stopa neutralna przed wybiciem usztywnia się i następuje zwiększenie siły wstrząsu, niezbędne są buty o dobrej amortyzacji. Biegacze ze stopą supinującą mogą wybierać obuwie dla stopy neutralnej ze zwiększoną amortyzacją, jednak od kilku lat dostępne jest obuwie stworzone specjalnie dla ich typu stopy.





Źródła:
http://www.runnersclub.pl/DOPASUJ-BUTY-cinfo-pol-356.html
http://jak-biegac.pl/jak-dobrac-buty-biegowe
http://pobiegamy.pl/articles/show/article/31

wtorek, 6 sierpnia 2013


Dam sobie głowę, rękę i obie nogi uciąć, że czułyście kiedyś to wszystko: brak chęci do działania, niecierpliwość, demotywację, chęć rzucenia wszystkich starań i leżenia na łóżku do końca świata (w jakim stopniu to już indywidualna sprawa). Ja na przykład przechodziłam przez to nie raz, nie dwa - gdybym policzyła, prawdopodobnie wyszłyby jakieś miliony. W ostatnich dniach czułam się jednak zupełnie odwrotnie: przez nadmiar energii nie mogłam spokojnie usiedzieć, a moja motywacja sięgała szczytu.

I żyłam sobie z takim fantastycznym nastawieniem, aż pewnego dnia obudziłam się przykuta do łóżka przez potworny ból pleców, mięśni, głowy i gardła oraz wysoką gorączkę. Na początku nie było to tak denerwujące, bo i tak cały czas spałam, ale kiedy nie mogłam już przespać kolejnego dnia, zaczęłam się naprawdę złościć. A co z pobijaniem biegowych rekordów, gotowaniem nowych potraw, aktywnym wypoczynkiem i dobrą, beztroską zabawą?!

Więc oto powód pierwszy - życie jest zbyt krótkie, żeby je marnować na chorowanie. Ale historia się jeszcze nie skończyła...



W końcu wyzdrowiałam i nadszedł ten dzień, w którym mogłam wreszcie pobiegać. Plan na ten tydzień przewiduje 3 minuty biegu, 2 minuty marszu i tak sześć razy. Nie było mi łatwo (właściwie to było mi o wiele za trudno, niż powinno, bo przy każdej rundzie byłam zmęczona jeszcze zanim skończyłam drugą minutę biegu), ale udało mi się. Z nieskrywaną dumą kliknęłam "End run" i czekałam aż aplikacja się załaduje i pokaże mi moje wyniki. Po chwili mój telefon skutecznie starł mi po-biegowy uśmieszek z twarzy, oznajmiając, że biegłam krócej i wolniej, niż ostatnie 4 razy.

I taki właśnie jest drugi powód, dla którego powinniśmy się chronić z całych sił przed chorowaniem. Bo bycie gorszym, niż poprzednio, zwłaszcza kiedy włożyło się mnóstwo siły w to, żeby w ogóle ukończyć bieg, jest bardzo, bardzo demotywujące.
 


Ps. Dziś mój telefon nie wywinie mi takiego psikusa - mam zamiar pobić tyle rekordów, że się nie będzie mógł zsynchronizować do końca świata! ;)

sobota, 3 sierpnia 2013


Zdaję sobie sprawę, że taka lista powinna pojawić się na początku lata albo nawet przed, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nie miałam czasu na dokończenie jej i opublikowanie. Lipiec był bardzo intensywnym miesiącem, ale takim, który wspominam z uśmiechem na twarzy. Czasem, idąc ulicą, wracam myślami do tamtych (jakże dawnych) dni i zaczynam się śmiać - ciekawe, co na to ludzie, którzy mnie mijają? :)

W każdym razie - połowa wakacji to też całkiem niezły termin na taką listę. Nie do końca konwencjonalny, ale to dobrze się wyłamywać. Dużo z tych rzeczy już zrobiłam i jestem pewna, że uda mi się zrobić resztę. W tym roku jestem wulkanem energii i entuzjazmu!


  1. Zrobić domową lemoniadę.
  2. Zrobić domowe lody.
  3. Ugotować coś nowego.
  4. Spróbować nowego dania.
  5. Spróbować nowego smaku zielonej herbaty.
  6. Nazbierać malin z ogródka babci.
  7. Zorganizować piknik.
  8. Pójść na grilla.
  9. Odwiedzić rodzinę.
  10. Zawrzeć interesujące znajomości.
  11. Zrobić zabawną/głupią sesję zdjęciową.
  12. Spędzić noc przy ognisku.
  13. Spać pod gołym niebem.
  14. Zobaczyć wschód słońca.
  15. Leżeć na trawie i oglądać chmury.
  16. Czytać książkę w cieniu drzewa.
  17. Opalać się, czytając książkę.
  18. Pójść do AquaParku.
  19. Zagrać w laserowego paitballa.
  20. Spróbować nowej formy aktywności fizycznej.
  21. Wybrać się na rowerową wycieczkę.
  22. Zwiedzić inne miasto.
  23. Odwiedzić nowe miejsca w swoim mieście.
  24. Odwiedzić ogród botaniczny.
  25. Pójść do Parku Doświadczeń.
  26. Spacerować po mieście do późna.
  27. Wytańczyć się na imprezie.
  28. Odkryć nowy zespół.
  29. Urządzić noc horrorów.
  30. Eksperymentować z domowymi kosmetykami.
  31. Upolować coś świetnego w SH.
  32. Przerobić kilka ubrań.
  33. Przemeblować pokój.
  34. Wziąć udział w konkursie.
  35. Zdobyć nową umiejętność.
  36. Odpowiedzieć na "50 Questions That Will Free Your Mind".
  37. Na chwilę stracić kontrolę i bawić się jak dziecko.

środa, 31 lipca 2013

Pierwszy raz pobiegłam w piątek. Potem biegałam jeszcze w sobotę, poniedziałek i wtorek. Oto całe moje biegowe doświadczenie. Jednak mimo takiego marnego stażu jako biegaczka, chcę podzielić się kilkoma spostrzeżeniami, które zdążyłam poczynić.


1. Szybkie doskonalenie się. Za mną cztery biegi w pięć dni. Można by pomyśleć, że niewiele mogłam zdziałać w takim czasie, a jednak zdziałałam - każdy bieg był lepszy od poprzedniego i mogę dokładnie określić o ile. W formach aktywności, których dotychczas próbowałam, ciężko było tak jasno i klarownie zmierzyć mój postęp, więc to dodatkowa frajda.

2. Bicie rekordów. W aplikacji, której używam do śledzenia wyników (Nike Running) jest 6 różnych rekordów do pobicia: najwięcej spalonych kalorii, najdłuższy bieg, najdalszy bieg, najszybszy kilometr, najszybsze 5 kilometrów i najszybsza mila. Na razie moje wyniki nie są imponujące, ale bardzo szybko się poprawiają, ponieważ nie mogę skończyć biegu, jeśli nie pobiję chociaż jednego rekordu. Gdyby nie to, prawdopodobnie nie odkryłabym, na ile mnie stać.

3. Pewność siebie. Bieganie zawsze wydawało mi się być czymś nie dla mnie - bo jestem za gruba, bo nie mam formy, bo mam za słabe nogi, bo nie potrafię zmotywować etc. Teraz robię coś, co do tej pory było niedostępne i dodaje mi to skrzydeł. Co więcej - jestem zaskoczona, że tak dobrze mi idzie, więc czuję jak moja pewność siebie rośnie i zaczynam wierzyć, że w innych rzeczach, mogę okazać się równie dobra.

4. Zakochanym być... Każdy wie, że podczas uprawiania sportu nasz organizm wydziela endorfiny, czyli hormony szczęścia. Bieganie jest pod tym względem specyficzne, bo podczas biegu wydziela się fenyloetyloamina, czyli hormon szczęścia, odpowiedzialny za uczucie zakochania. I choć po każdym treningu czuję się świetnie, to nastrój po bieganiu jest wyjątkowy.

5. Uzależnienie. Obiecałam sobie, że będę biegać 3 razy w tygodniu. Myślałam, że nie będzie mi ciężko się zmotywować, a okazało się, że mam odwrotny problem - nie mogę się doczekać każdego kolejnego biegu, a najcięższą próbą była dla mnie niedziela, czyli dzień na odpoczynek. Nawet pisząc ten post, nie mogę się doczekać, aż się ściemni i zrobi chłodniej, żebym mogła wreszcie zaliczyć kolejny bieg.

6. Uznanie w oczach innych. Kiedy ćwiczyłam w domu, najczęstszą reakcją ze strony innych było narzekanie domowników na to, że za dużo skaczę albo że muzyka jest za głośna. Moje bieganie, w przeciwieństwie do domowych treningów, nikomu nie przeszkadza, a nawet wzbudza w niektórych podziw. Nie spodziewałam się, że ludzie będą mi rzucać takie zazdrosne spojrzenia, więc tym bardziej to miły akcent podczas biegania.

7. Poczucie przynależności. Mimo tego, że biegam bardzo krótko, czuję się częścią biegającej społeczności. Uwielbiam to, kiedy mijam innego biegacza, a on się do mnie uśmiecha albo ja się uśmiecham, a on odwzajemnia mój uśmiech. Od razu się robi jakoś lżej...

8. Czas tylko dla siebie. Bieganie w jakiś magiczny sposób oczyszcza nasz umysł z negatywnych myśli. Im dalej się biegnie, tym mniej pamięta się o przykrych wydarzeniach minionego dnia i innych złych sprawach. Jest to też doskonały czas, żeby pomyśleć nad rozwiązaniem dręczących nas problemów, ponieważ podczas biegu przychodzą do głowy najlepsze rozwiązania i łatwiej jest poukładać sobie w głowie.


9. A efekty? Nie obchodzą mnie one i to jest chyba największy i najbardziej zaskakujący plus biegania (chodzi mi o efekty wizualne). Po czterech biegach, oczywiście, nie widać żadnej zmiany, ale, szczerze mówiąc, kontynuowałabym bieganie, nawet gdybym miała nie widzieć jej w ogóle. Ten typ aktywności daje mi tyle, że przestało mi zależeć na spadających centymetrach i kilogramach.

sobota, 27 lipca 2013

365 dni odwagi

Obiecałam, że nowe posty zaczną pojawiać się w lipcu. Mamy już 27, więc chyba czas najwyższy wywiązać się ze złożonej obietnicy.

Jeśli ciekawi Was, dlaczego nie pisałam, tłumaczę już na wstępie: byłam zbyt zajęta uciekaniem ze swojej strefy komfortu. Na początku zrobiłam jeden wielki krok, a potem dałam się ponieść... i czuję się wyśmienicie.

Powiedzieć, że jestem zmotywowana do zmian to mało. Czuję się zobowiązana do tego, żeby dokończyć dzieła, które zaczęłam, jakby na to nie patrzeć, przez przypadek. Chcę czegoś wielkiego, czegoś na miarę mnie. A nie mogę powiedzieć, że nisko się cenię, więc...

Daję sobie rok. Caaały, długi rok na to, żeby szaleć. Robić rzeczy, których zawsze się bałam, podejmować ryzyko, przełamywać się, poznawać nowych ludzi, kolekcjonować doświadczenia, odkrywać nowe miejsca - a wszystko po to, żeby odnaleźć siebie (przepraszam za ten patos, no ale... jak szaleć, to szaleć!). A oprócz zabawy czeka mnie też praca, żeby nie było, że się rozleniwiłam. Stałe doskonalenie się, walka ze swoimi wadami, ciężkie treningi, godziny nauki - pełen pakiet.




Powiem jeszcze, że bardzo się cieszę. I jestem wyjątkowo pewna, że tym razem się nie poddam, bo za mną już pierwszy krok. Poznałam smak prawdziwych wyzwań, uruchomiłam maszynę rewolucji i nie będzie łatwo jej zatrzymać. Tak więc moje wyzwanie nie skończy się szybko.

Za to ten post musi się skończyć szybko, bo zaczynam przesadzać z podniosłymi metaforami i może być już tylko gorzej. Więc na zakończenie niech przemówi za mnie ten oto obrazek:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...